Ninh Binh


Od rana w naszym hotelu pracuje człowiek, którego jedynym zadaniem jest otwierać drzwi przed gośćmi. A my dziś jedziemy na wycieczkę zorganizowaną do miasta Ninh Binh i rezerwatu natury Tam Coc. Nie do końca mieliśmy wybór, kiedy chcemy na nią jechać, ale dobrze chyba wyszło, bo wczoraj to miasto nas bardzo zmęczyło. Wyjeżdżamy o 8 rano, gdy jeszcze nie wszystkie sklepy są otwarte, za to robią się ogromne korki kierowców skuterów jadących do pracy lub szkoły. Klimatu dodają rowerowe sprzedawczynie owoców w ludowym kapeluszu ze słomy ryżowej i bambusowymi nosidłach. One są tak oderwane od dzisiejszego świata, że na początku wydawały mi się podpuchą dla turystów. Ale turyści jednak rzadko kupują na wakacjach kapustę. Reszta miasta poza Starą Dzielnicą nie wygląda zbyt ciekawie. Za to na spokojnie można już przejąć chodnikami, tylko za bardzo nie ma po co. Większość zabudowy to wysokie, wyjątkowo wąskie kamienice z lokalami usługowymi na parterze.

 

Wietnam w pigułce

W trakcie drogi busikiem nasz kierowca opowiada nam podstawowe fakty o Wietnamie z akt ONZ i Wikipedii. Dowiadujemy się, że w Wietnamie mieszka 90 mln mieszkańców, z czego 80% zajmuje się rolnictwem. Najwidoczniej idzie im to z sukcesami, bo Wietnam jest jednym czołowych eksporterów kawy, bananów i ryżu na świecie. Z tą kawą to mają faktycznie długą tradycje i wymyślili np. podawać ją ze słodkim koglem-mogłem na wierzchu. Wymyślili też sposób obróbki kawy, który polega na dobrowolnym przepuszczeniu owoców kawowca przez układ trawienny łasicy (do 3 razy) lub małpki cywety (słynna droga kawa kopi luwak)

 

Luwr z betonu pod Hanoi

Całą drogę na południe widzimy właściwie to samo: wielopiętrowe ozdobne kamienice w szczerym polu, warsztaty i sklepy z blachy falistej i – zaskakujące – nowe pałace budowane z żelbetu w stylu francuskim. Nie wiemy zupełnie o co w tym chodzi – czy to hotele, domy weselne czy może hacjendy miejscowych kapitalistów lub komunistycznych szych.

 

Przyjechały bankomaty

Mimo że droga trwa tylko 2,5 godziny, zatrzymujemy się po drodze w sklepie z pamiątkami. Niby nic kupować nie trzeba, ale wybór jest prosty: wolisz czekać 40 min na parkingu w słońcu czy napić się czegoś w naszej kawiarni? W tym samym miejscu możemy jeszcze zobaczyć, jak dzieci w fabryce wyszywają jedwabne obrazki. I oczywiście je zakupić.

Na poboczach drogi i parkingach miejscowi rolnicy suszą ryż (przed obraniem jest żółty i z daleka przypomina polskie zboża). W wielu miejscach widzimy spore jak na rozmiary wsi francuskie, neogotyckie kościoły. Wiele z nich próbuje przypominać paryską katedrę Notre Dane. Chrześcijaństwo wyznaje w Wietnamie ok. 8% mieszkańców i, jak w całej Azji wschodniej, staje się coraz ono popularniejsze. Częściowo wynika to z misyjnego charakteru katolicyzmu, a częściowo z wyjątkowo ludowego i fasadowego podejścia do buddyzmu, przypominającego trochę zabobony, który nie spełnia wymagań naszych czasów. Po drodze widzimy też kamieniołomy przerabiające wapienne ostańce, z których słynie ich kraj, na kruszywo do budowy dróg. A także dużo, jak na kraj socjalistyczny, wielkopowierzchniowych reklam, z których tylko niewielka cześć jest państwową propagandą.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Zabytkowa swiatynia.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Zabytkowa swiatynia.
s Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Zabytkowa swiatynia.

Starożytne miasto Hoa Alu
Pierwszą atrakcją są dwie chińskie świątynie królów Wietnamu. Strasznie stare i strasznie nieciekawe. Po świątyniach sprzed tysiąca lat zostały tylko ruiny. Obiad jemy w turystycznej restauracji, w której jedną z atrakcji jest mięso z kozy.

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka rowerowa.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Krajobraz wiejski. Rybak.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Krajobraz wiejski. Rozlewiska.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Krajobraz wiejski. Rybak.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wypas krow przy drodze.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Kapliczka buddyjska.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Rybacy stawiajacy siec.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Wycieczka lodzia po rozlewiskach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Ninh Binh. Chlopiec robi pranie w rzece.

Rezerwat Tom Coc
Największą atrakcją okolic Ninh Binh jest rezerwat Tom Coc nazywany „zatoką Ha Long na lądzie”. Są tu podobne krasowe góry czy raczej bardzo ostre skały wyrastające z płaskiej ziemi. Najpierw jedziemy grupą na wycieczkę rowerową po zalanych polach ryżowych i miejscowej wsi. Zupełnie jest to inaczej zorganizowane niż u nas, bo tutaj wszyscy mieszkają blisko siebie, a pola uprawne otaczają wioskę. Drugą atrakcją jest rejs dwuosobową łódką na rzece i ryżowych rozlewiskach. Trochę szokuje fakt, że w naszej łódce wiosłuje kobieta, i to stopami. Rzeka płynie przez trzy jaskinie, tak niskie, że nieraz trzeba się pochylać w łódce. Na końcu czeka pływający stragan z pamiątkami i napojami. Próbują na nas wymusić postawienie wioślarce napoju (zapewne w bardzo zawyżonej cenie). W drodze powrotnej sterniczka trzy razy prosi o napiwek. Za każdym razem daję po ok. 5k dongów. Gdy odmawiam dać czwartego napiwku, już na lądzie, atmosfera szybko się psuje. Daj pieniądze, człowieku, jesteś w końcu białym turystą. Pod tym względem w Chinach czuliśmy się znacznie lepiej. Niestety wycieczka okazuje się, zgodnie z naszymi obawami, strasznie turystyczna i pozostawia po sobie niedosyt, że nie widzieliśmy tam najciekawszych miejsc (rozlewisk z góry)

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Krajobraz gor krasowych przy drodze.

Hanoi Night Market
Po drodze wysiadamy przy jednej z atrakcji turystycznych Hanoi – ulicznym targu odbywającym się w weekendowe wieczory. Szybko okazało się, ze nie ma tu nic do oglądania, chyba ze ktoś się stęsknił za bazarem na Stadionem X-lecia. Po prostu na środku zamkniętej ulicy pojawiły się stragany z ciuchami itp. Fakt, że jest zamknięta dla skuterów sprawia, że jest to teraz chyba najspokojniejsza ulica w mieście. Po drodze do hotelu, bierzemy na wynos bun cha (180k na dwie osoby ) z krajowymi sajgonkami. Ależ to jest dobre! Bardzo podobne do bun na (ryżowy makaron z mięsem, z rosołowo-korzennym sosem i ogórkami z chilli i czosnkiem), tylko tutaj mięsem jest długo pieczona karkówka i boczek, i niestety brakuje orzeszków. Lubimy też miejscową podróbkę Happy Lemon – Toco Toco z lemoniadami z zielonej herbaty (2x38k). Gdy wracamy do hotelu, sklepy i restauracje już się zamykają, a sklepikarze na koniec dnia palą ofiary przed swoimi lokalami. Jeszcze jedna rzecz w tym mieście, która przypomina Hong Kong.

Widzianych komarów: 0, za to czujemy „fantomowe ugryzienia” z nerwów.