Stara dzielnica Hanoi


DBX -> HAN

Loty zlewają nam się w jeden do tego stopnia, że zastanawiamy się, czy nie lecieliśmy do Dubaju tym samym samolotem, co teraz z niego wylatujemy. Agnieszce udało się trochę pospać, ale ja pilnowałem bagaży na lotnisku. Dostaliśmy w samolocie jakieś dziwne wietnamskie spaghetti na śniadanie. Na lotnisku formalności wizowe ani epidemiologiczne nie stanowią większego problemu. Przez wyjściem czeka grupa taksówkarzy nagabująca turystów, ale ci chociaż bez problemu akceptują „nie, dziękuje”, a nie wszędzie jest to oczywiste. Do hotelu jedziemy busem wietnamskich linii lotniczych (200 000 VND ok. 30 zł), który działa jako dzielone taxi, wysadzając wszystkich po drodze. W Hanoi jest ciepło, pochmurnie i wilgotno. Wszędzie jest bardzo dużo roślinności i dużo skuterów. Ludzie żyją i jedzą na ulicy.

 

Dwudziestowieczne kontakty europejsko-azjatyckie w niecałą godzinę

Gdy wychodzimy z hotelu, czeka na nas służący z parasolką, który zabiera nasze plecaki i pomaga przejść przez ulicę. Taką przesadną gościnność można spotkać w krajach pokolonialnych (w przypadku Wietnamu byli to Francuzi), gdzie nie tak dawno rasa decydowała o pozycji społecznej człowieka Czujemy się trochę dziwnie. Nie jestem przyzwyczajony, że ktoś nosi za mnie bagaże i parasol. Podobne rzeczy widzieliśmy w Pakistanie. Szybko jednak wychodzi na wierzch biznesowa strona Azjatów i, zanim dostajemy klucz do pokoju, przewodnicy z hotelu próbują nam zaplanować cały tydzień wycieczek. Oczywiście oferta jest specjalna dla mnie, wyjątkowa cenowo i trzeba się na nią jak najszybciej zdecydować – a najlepiej teraz. Nie mówię nie, ani nie mówię tak, chociaż cena jest w rzeczywistości całkiem niezła. Do niektórych miejsc i tak zresztą trzeba udać się z wycieczką (np. Zatoka Ha Long), bo siedzi na nich mafia turystyczna i bardzo trudno jest je załatwić samemu. Pokój jest całkiem spoko. Na zdjęciach wyglądał na poważną konkurencję Hiltona, ale wziąłem poprawkę na azjatycko-turystyczne bajkopisarstwo, więc się właśnie spodziewałem typowego, czystego polskiego standardu.

 

W poszukiwaniu jedzenia

Gdy głód przeważa zmęczenie, wychodzę na miasto poszukać czegoś do jedzenia. Sam, bo Agnieszka jest zbyt zmęczona, by walczyć z tym miejscem. Na wyjście w ogóle przygotowuje się jak na wojnę – wojnę z komarami. Malaria w Hanoi raczej jest zagrożeniem równie teoretycznym, co wścieklizna w Warszawie, ale dopóki sam się o tym nie przekonam, będę dmuchał na zimne.

 

Azję pokochasz albo nienawidzisz

Hanoi jest straszne gęsto zabudowane – domy są wąskie i wysokie, jak kamienice przy rynku Starego Miasta w Warszawie. Podobno wysokość podatku od nieruchomości jest tu liczona od szerokości domu. Mieszkamy w okrutnie wręcz turystycznej okolicy – gdy wychodzę wszyscy chcą mi coś sprzedać. Zawsze trzeba odpowiadać grzecznie „nie, dziękuje”. W Azji trzeba trzymać swoje nerwy na wodzy i nie można się zdenerwować publicznie, bo to oznacza stracić twarz, czyli kompletnie się skompromitować. Obraza od obcokrajowca dla Wietnamczyka to coś nie do pomyślenia i naprawdę trzeba tego unikać. Po bardzo wielu „no, thank you” i czterokrotnym zgubieniu się znajduje charakterystyczną „uliczkę backpackerów”, z tanimi hostelami i w miarę ogarniętymi restauracjami. Bo zjeść zupę pho to można tu co 10m z maluteńkich garkuchni na malutkich chińskich stołkach. Ale może nie jest to dobry pomysł na pierwszy raz i pewnie nie dogadałbym się o opcję na wynos. Generalnie po Hanoi nikt poza turystami nie chodzi pieszo, tylko jeździ wszechobecnymi skuterami, a chodniki są zajęte przez handel czym popadnie. Trzeba na nie bardzo uważać, bo skutery naprawdę są wszędzie – żeby wejść do sklepu musiałem je odsunąć drzwiami. Na kolacje jemy więc pyszną zupę pho (korzenny rosół z wołowiną) i bun na (ryżowe kluski z mięsem i miętą w sosie rybnym) za śmieszne 100 tys. wonów. Po pierwszym spacerze Hanoi wydało mi się fascynującym choć trochę denerwującym miastem.

 

Zawsze jest czas na pho

Niezbyt wypoczęci wstajemy na śniadanie. Trudno nam przełknąć, bo nasze trzustki zostały jeszcze w warszawskiej strefie czasowej. Na śniadanie dostajemy oczywiście zupę pho (tym razem nie tak dobrą) i sajgonki. Śniadania tutaj go generalnie taki mniejszy, gorszy obiad. Później odpoczynek przerywa nam telefon z recepcji, czy nie chcemy się zabrać z nimi na wycieczkę zorganizowaną po mieście. Bardzo nie chcemy, a jeszcze bardziej nie mamy sił. W hotelu chcą nam sprzedać jeszcze wycieczkę po ulicznych garkuchniach (za 25 dolarów), czyli mniej więcej mój wczorajszy spacer w poszukiwaniu jedzenia. Jednak jakieś wycieczki zamówiłem (Ninh Binh i Ha Long), bo to jednak odległy kulturowo kraj, a dolarami można sobie życie trochę ułatwić. Agnieszka trochę boi się wyjść na miasto, ale wcale jej za to nie winie. Wiele osób boi się wyjść z samemu (bez przewodnika) z hotelu na wyjeździe np. turyści w egipskich kurortach.

 

Stare Miasto (Hanoi Old Quarter)

Stara dzielnica Hanoi to podobno najbardziej malownicze i charakterystyczne miejsce dla Azji Południowo-Wschodniej. Tu jest faktycznie wyjątkowo – mnie najbardziej się podobają stare, żółte postkolonialne domy (wygląda to trochę jak Hawana ze zdjęć) między ogromnymi, tropikalnymi drzewami (figowcami bengalskimi). Ludzie siedzący przed domami i pijący zieloną herbatę lub jedzący zupę pho dodają temu miejscu charakteru. W ogóle wygląda to jakby Wietnamczycy głównie biesiadowali i spędzali czas na jedzeniu, a praca im w tym nie przeszkadza. Wyjątkowo klimatyczne są też buddyjskie świątynie, które – w odróżnieniu od Chin i Japonii – nie są tylko atrakcją turystyczną. Tu się wciąż modli więcej ludzi, niż robi sobie zdjęcia. Nie dziwię się, że wiele osób wracających z Azji interesuje się buddyzmem, próbuje medytować lub zostaje podróżnikami-hipisami. Recepcjonistka w hotelu martwi się, czy Agnieszka nie przywiozła ze sobą epidemii grypy MERS, której wszyscy się tu boją.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Katedra katolicka sw. Jozefa w Hanoi – widok z kawiarni.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Katedra katolicka sw. Jozefa w Hanoi – swiecenia kalpanskie.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Katedra katolicka sw. Jozefa w Hanoi – swiecenia kalpanskie.

 

Katedra św. Józefa

Jedną z rzeczy, oprócz bagietek i pasztetu, którą po sobie zostawili Francuzi, jest chrześcijaństwo. Dziś w katedrze św. Józefa (sama w sobie nie jest aż tak ciekawa) była jakaś uroczystość z miejscową orkiestrą. Dużo osób w albach pozujących do zdjęcia z rodziną z naręczem kwiatów sugeruje, że może były to jakieś świecenia kapłańskie. My cała imprezę obserwujemy z balkonu kolonialnej kamienicy, gdzie pijamy azjatycką kawę ze skondensowanym mlekiem na zimno (40 tys. VND – 6 zł) i lemoniadę z arbuza i trawy cytrynowej (50 tys. VND). Z pewnością na wrażenie, jakie wywiera na nas Wietnam wpływa to, że nas po prostu stać na takie rzeczy. We Włoszech było nas stać tylko na wodę mineralną w dużych butelkach w supermarkecie pitą na ławce w parku. Hanoi zwiedzamy na własną rękę i we własnym tempie, w taki sposób, jaki lubimy – pieszo lub podglądając ludzi ze stolika w kawiarni. Ale nie wszyscy tak chcą – po mieście jeżdżą też busy zorganizowanych wycieczek, które wożą turystów, pomiędzy atrakcjami turystycznymi i sklepami. Agnieszka martwi się, że nasze wyjazdy po Wietnamie z tutejszym biurem podróży zabiorą trochę uroku temu miejscu. Ja za to mam nadzieję, że oszczędzą mi nerwów targowania się o wszystko.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Dziecko wyglada z okna autobusu.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Starszy mezczynza wiesza klatki dla ptakow na balkonie.

 

W Hanoi jest 5 200 000 skuterów (i o 5 200 000 za dużo)

Po kilku godzinach na mieście trochę mniej dziwię się tym wycieczkom po Hanoi – to miasto jest naprawdę męczące do poruszania się na piechotę. Ponieważ każdy tutaj (prócz turystów i uczniów) porusza się na skuterze, a chodniki są zajęte przez drobny handel, każda droga to slalom wśród jadących i zaparkowanych jednośladów. Idzie się wolno, trzeba się ciągle oglądać i bardzo uważać, a najlepiej w ogóle próbować nie przechodzić na drugą stronę drogi. Gdyby nie te skutery, byłoby to znacznie przyjemniejsze miasto. Tak jest trochę męczące i denerwujące, a po powrocie do hotelu ciuchy śmierdzą spalinami. Mimo wszystko jednak kierowcy są tu łagodniejsi niż w Polsce, a skutery jeżdżą dość wolno i w sumie uważnie, więc jakoś sobie radzimy z przechodzeniem przez ulicę. Inna sprawa, że sami Wietnamczycy robią sobie źle jeżdżąc w sposób zupełnie nie uporządkowany. Światła są tu tylko sugestią, a pierwszeństwo jest zawsze negocjowane – pierwsi jadą ci, których jest więcej. A tak naprawdę, gdyby wszyscy jeździli z sensem, to z pewnością byliby szybciej i było mniej sytuacji, które obserwowaliśmy, przykładowo, gdy ojciec skrobał marchewki córce. Skuterem.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Zolwia Wyspa na Jeziorze Zwroconego Miecza (Hoan Kiem Lake).
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia Jadeitowej Gory (Den Ngoc Son) na Jeziorze Powroconego Miecza (Hoan Kiem Lake).
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia Jadeitowej Gory (Den Ngoc Son) na Jeziorze Powroconego Miecza (Hoan Kiem Lake).
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia Jadeitowej Gory (Den Ngoc Son) na Jeziorze Powroconego Miecza (Hoan Kiem Lake).
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia Jadeitowej Gory (Den Ngoc Son) na Jeziorze Powroconego Miecza (Hoan Kiem Lake).

 

Jezioro Hoan Kiem

Na szczęście wszędzie jest blisko, więc nawet slalomem między skuterami z prędkością 1km/h udaje nam się wszędzie szybko dojść. Jezioro Zwróconego Miecza to centrum geograficzne miasta i chyba ulubione miejsce mieszkańców, sądząc po ilości sesji ślubnych, nieślubnych i autoportretów z ręki. Sam park nie był może najciekawszą atrakcją, ale było to miłe wytchnienie od zgiełku na ulicach. Na środku jeziora stoi Żółwia Wieża – charakterystyczny tutejszy ozdobnik architektoniczny: wysoka pagodo-altana. Konfucjańska Świątynia Ngoc Son (30k) nie jest chyba aż tak ciekawa, jak czerwony ceremonialny mostek, który do niej prowadzi

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Rikszarze pod figowcem bengalskim (banianem).
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Rikszarz i handlarki owocami.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Zycie codzienne.

 

Najdroższy szewc w Hanoi

Północą cześć Hoan Kiem to chyba najbardziej turystyczne miejsce w mieście. Ciągle zaczepiają nas rikszarze lub nachalne sprzedawczynie pączków, wciskające swój towar prawie siłą. Zanim się orientuje szewc zabiera się za naprawdę mojego buta i nie chce go zwrócić za mniej niż 200 tys. VND. Na Polskie warunki nie jest to może tak dużo, ale tutaj za tyle to pewnie mógłbym sobie kupić co najmniej dwie pary butów, no i zawsze człowiek się czuje jak frajer po takim cwaniactwie. Co ciekawe, próbują na mnie tego numeru jeszcze kilkakrotnie, mimo że but przecież już jest naprawiony.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia buddyjska.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia buddyjska.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Swiatynia buddyjska.

 

Życie jak w Hanoi

Na obiad jemy pho, tak gdzie wczoraj. Jedzenie jest tanie (45k), czyste i dobre. Wietnamczycy chyba na każdy posiłek jedzą tę lokalną odmianę rosołu z ryżowymi kluskami, wołowiną, szczypiorkiem, liśćmi kolendry i limonką. Resztę dnia spędzamy w zasadzie podobnie – podziwiając francuskie kolonialne dwory i wędząc się w spalinach skuterów. Wybór głównej drogi Luong Van Cam, bo „będzie tam większy porządek” nie okazuje się zbyt dobry. Ludzie wracają z pracy lub odbierają dzieciaki ze szkoły, więc pół miasta zajmuje korek skuterów. Okolica jest trochę mniej turystyczna i królują tu sklepy oraz hurtownie z tanimi ciuchami przypominające do złudzenia stragany przed Stadionem X-lecia. Świątynia Bach Ma okazuje się niewiele różnić od innych, a brak znaków nakazujących zdjęcie butów sprawia, że wydaje się jakoś mniej autentyczna. W drodze powrotnej zaglądamy do Minoso – chińskiej podróbki japońskich sklepów dla kobiet oraz Mumuso – wietnamskiej podróbki Miniso (a tak mi się przynajmniej wydaje). Kupujemy tu modne koreańskie kosmetyki (500 tys. dongów) dla Agnieszki i znajomych.

 

Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.
Fot. Mateusz Grochocki/East News Wietnam, 10.2017. Hanoi – stara dzielnica. Ruch skuterow na ulicach.

 

Pho na śniadanie, pho na obiad, pho na kolację

Każda z ulicy na tym niekończącym się bazarze Starym Mieście ma jakaś swoją specjalizację. Na naszej (Hang Quat Pho) sprzedają głównie buddyjskie dewocjonalia (ołtarzyki domowe i papierowe ofiary do spalenia zmarłym). Na ulicy obok produkują i sprzedają metalowe piecyki, ale głównie zaglądamy na Pho Ly Quoc Su – uliczkę backpackersów (budżetowych turystów). Jest tu kilka sklepów z pamiątkami i kawą, dużo hoteli i schronisk oraz agencji turystycznych, a także kilka tanich wietnamskich restauracji – na tyle turystycznych, że potrafię się dogadać w kwestii dwóch zup na wynos. W drodze powrotnej znów prześladują mnie kobiety sprzedające pączki i owoce.

 

Widzianych komarów: 0

Zabitych komarów: 0