Wokół cesarskich murów


Huahanmen

Resztę dnia kręcimy się po hutongach. Tych zaniedbanych, do wyburzenia i tych mniej lub bardziej turystycznych. Kręcimy się cały czas w (północnych) okolicach Zakazanego Miasta, więc ciągle nas zaczepiają rikszarze, sprzedawcy maoistowskich czapek lub przewodnicy. Na szczęście tutaj, w odróżnieniu od krajów arabskich, rozumieją “nie”. Ludzi jest tak dużo, że do parku Jinshan stoi długa kolejka. My idziemy wzdłuż fosy Pałacu Cesarskiego, w której ludzie łowią ryby. To jakieś klimatyczne miejsce, mimo że początkowo trudno sobie wyobrazić cokolwiek ciekawego w fosie.

Chińczycy są w porządku

Wzdłuż ulicy Beihuhyan ludzie chcą sobie z nami robić zdjęcia. Pewnie by i zagadywali, ale różnica językowa jest dla nich absolutnie nie do pokonania. Ludzie są tu wyjątkowo sympatyczni i chyba jedni z fajniejszych, jakich spotkałem w podróży. I tacy towarzyscy – starsi ludzie zamiast siedzieć przed telewizorem​, siedzą pod blokiem i gadają z sąsiadami. Mają zorganizowane krzesełka na kółkach, by mogli usiąść i odpocząć, jeśli poczują taką ochotę. Dużo jest też ludzi na elektrycznych wózkach inwalidzkich. Polaków chyba na to nie stać, bo rzadko widuję jest u nas w kraju. Na ulicach widać też często dzieciaki i rodziny z dziećmi. Obiad znów jemy w azjatyckim bufecie w centrum handlowym, ale szczerze mówiąc mamy już dość tutejszej budżetowej kuchni, gdzie gulasz składa się głównie z kości a obiad z klusek.

W drodze na lotnisko żegna nas wschód słońca nad Pekiniem. Lotnisko jest poza miastem, ale dzięki chińskim szybkim pociągom jesteśmy na w krótszym czasie niż zajmuje droga na Okęcie z Saskiej Kępy. Żeby wymienić euro na juany trzeba​ mieć je w idealnym stanie, więc mój indyjski pasek ze schowkiem na nic się nie przydał. Natomiast juany są tu nie raz tak porwane, że sprawia to problem w tak zrobotyzowanym mieście. Z winy popsutych bramek nie możemy zwrócić jednej z kart Yikatong. W ramach rozwiązania pani z informacji poleca… wrócić na stację Dongzhimen. Świetny plan.

W pierwszej, policyjnej kontroli turystów nie sprawdzają, ale kolejne zajmują nam 1,5h z 2h, które mamy. A wcale nie jest duża kolejka. Na kontroli bezpieczeństwa aresztują mi power bank. Niewielka strata, jak na tę najbardziej problematyczną kontrolę. Na lotnisku nie jest aż tak szalenie drogo, jak na Okęciu (Polak Polakowi Polakiem), ale Chińczycy i tak preferują zrobić sobie herbatę do termosu.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.