Dashilan


Streetfood
Oddajemy się całkowicie przyjemności jedzenia na ulicy na tyłach i przecznicach Qianmen Dajie, choć w tym mieście takie miejsca nie są często spotykane. Jemy same pekińskie specjały – czyli tłuste i mączne: naleśniki z wołowiną (10y – dobre, chociaż to raczej nie było mięso tylko bardziej popularne tu flaki), kaczkę po pekińsku w wersji kanapkowej i lokalny pitny jogurt (3y). Na tradycyjne jabłka oraz owoce głogu w karmelu i obrazki z cukru nie mamy już miejsca. Wielu rzeczy nie rozpoznajemy i boimy się ich próbować (najbardziej tajemniczo wyglądające są galaretowate kostki w kolorze wątroby lub ciemnozielonym). Okolice Liangshidian i Dashlan również są bardzo turystyczne, ale nie rażą już tak sztucznością i świeżym tynkiem. Sprzedawcy zdają się być przygotowani pod chińskich turystów oferując tanie jedzenie oraz pamiątki z Mao.

Chińska restauracja jest jak pudełko czekoladek
Tym razem wracamy do domu wcześniej – w godzinach powrotów z pracy – więc w metrze pojawiają się „motywatorzy” z megafonami i upychacze w ludzi w wagonach, choć w użyciu są tylko ci pierwsi. Znów jemy w naszym bufecie z kuchnią azjatycką, ale tym razem trafiamy znacznie gorzej. Próbując rozwiać problem śniadań, próbujemy kupić coś na rano w supermarkecie, ale to też kiepski trop. Chińczycy nie znają mleka, sera, chleba ani wędliny (połowa tych produktów jest z importu, więc strasznie droga, a drugiej połowy w ogóle nie ma), więc chyba musimy się pogodzić z tymi śniadaniami na mieście, jak tutejsi. Zamiast chleba w sklepie jest za to milion pomysłów na prezenty (obdarowywanie się to bardzo ważna część chińskiej kultury), więc rodzina i znajomi już mogą sie cieszyć.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.