Qianmen


Generałowie w metrze
Mamy już dość pierogów na śniadanie (nie wierzę, że coś takiego napisałem) i idziemy kupić coś gotowego w sklepie 7-11. Po drodze widzimy musztrę i parawojskową odprawę masażystów czy fryzjerów przed pracą (chińska medycyna tradycyjna jest tu bardzo popularna). Znaleźliśmy trochę bliższą stację metra, mamy więc nadzieję mniej się schodzić. Po drodze mijamy nawet niebrzydkie grodzone osiedla (tylko parking jest ograniczony, a nie wstęp) z lat 90. Przed wejściem do metra należy przejść kontrolę bezpieczeństwa (dać sobie prześwietlić bagaż i dać się przeszukać ręcznym wykrywaczem metalu). Mimo bardzo poważnych mundurów, policjanci są znacznie uprzejmiejsi niż polscy ochroniarze. Jeśli chodzi o bilety, to nie ma żadnych czasowych czy miesięcznych, tylko kupuje się bilet na wskazaną stacje, co oblicza opłatę (lub doładowuje z góry kartę określoną kwotą). Nie jest możliwe mieć nieważny bilet, bo jeśli zdecydujemy się wysiąść na innej stacji, wystarczy dopłacić różnicę. Dziś jedziemy miej więcej tam, skąd wczoraj wracaliśmy.

Qianmen Dajie
Ulica Qianmen to nowa ulica handlowa udające starożytną. Wygląda to trochę jak odbudowywane stare miasto w Tbilisi lub centra handlowe w Dubaju – niby ładnie i zrobione porządnie, ale jest całkowicie sztuczne. Jeszcze bardziej niż warszawskie Stare Miasto lub zakopiańskie Krupówki. Wschodnia część zabudowy jeszcze pachnie cementem i ma nie odfoliowane okna. Jest dużo ludzi robiących sobie zdjęcia i krzykliwych sprzedawców z wózkami jedzenia. Jeśli spojrzeć na to jak na rozpaczliwą próbę odbudowy własnych zabytków, które samemu się burzyło przed pół wiekiem, to wygląda to troszeczkę lepiej. W rzeczywistości ulica Qianmen pełni rolę centrum handlowego, które tak bardzo pokochali Chińczycy. Jak na starą ulicę jest z pewnością zbyt sztuczne, a jak na centrum handlowe to jest już bardzo ładne. Po drodze mijamy restauracje krzyczące z daleka „kaczka po pekińsku” (niestety to bardzo droga impreza) po angielsku i oddział muzeum figur woskowych Madame Tussaud. Jeszcze nie widzieliśmy takich turystycznych miejsc w Pekinie. Ogromną większością tych żądnych wydania pieniędzy ludzi są Chińczycy. Mimo bardzo eleganckiego charakteru, ceny nie różnią się od okolicznych.

Herbaciarnia Wuyutai
Siadamy na mrożonej herbacie jaśminowej (herbaty kwiatowe są specjalnością północno-wschodnich Chin w sieciowej herbaciarni (12y duża porcja). Sklep jest bardzo ładny i sprawia profesjonalne wrażenie: przed poważniejszym zakupem herbatę można zdegustować, a herbaty kosztują od kilkudziesięciu juanów do kilku tysięcy. Te najdroższe są trzymane w lodowce lub elegancko zapakowane na prezent (herbata w ładnej puszce to tradycyjny i popularny chiński prezent – coś jak wino do kolacji w USA). Równie drogie jak herbaty są też akcesoria do ceremonii, dzbanków dochodzą do kilkunastu tysięcy juanów. Lubię zieloną herbatę i związaną z nią kulturę, ale na szczęście ja zaspokajam się najtańszą herbatą, jeśli tylko nie jest oszukana. Sklep trochę przypomina herbacianą odpowiedź na Starbucks, trochę sklep z pamiątkami, a trochę aptekę. Polecamy to miejsce.

Pekiński styl

Zaraz za nową zabudową zaczyna się bardzo klimatyczny, peniński hutong. Czasami aż za bardzo, bo gdy idę do miejskiej toalety, to kolega obok nie ma żadnych skrupułów, żeby zająć się poważniejszą sprawą. Żadnych drzwiczek ani firanki oczywiście nie ma. Nie ma też bieżącej wody, a toalety to azjatycka dziura w ziemi (co, biorąc po uwagę brak wody, ogólnie nie jest głupim rozwiązaniem). Skończę ten średnio przyjemny temat i dodam tylko, że w podróży świetnym rozwiązaniem jest żel do mycia rąk bez wody.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.