Xuanwu


Hutongi dzielnicy Xuanwu
Próbujemy dojść do cesarskiej bramy Qianmen i ulicy restancji Qianmen Dajie, ale odległości pokonywane w tym mieście (niestety autobus, z jego oznaczeniami wyłącznie po chińsku, nie jest tak przyjazny jak metro) nas pokonują. Przypadkiem po drodze trafiamy na ogromny, właśnie wyburzany hutong. W jednej strony wygląda to jak jakiś biedny slums, w z drugiej strony widzimy wszędzie nowe drogi rowerowe, monitoring i odnowione publiczne toalety (domy w starej zabudowie nie mają kanalizacji). Dzięki temu w Pekinie nie trudno znaleźć miejską toaletę, bo są one tutaj konicznością. Choć miejskie inwestycje sanitarne lub wręcz burzenie i budowanie domów od nowa na pewno poprawi życie tutejszych ludzi, to zapewne nie wszyscy są przygotowani na takie zmiany. Tylko tutaj zdanie pojedynczego człowieka w ogóle się nie liczy. Liczy się naród.

Qiaowan
Wysiadamy jedną stację przed Qianmen Dajie (Ulica Przeciwległej Bramy), żeby przejść się hutongiem, przed którym wczoraj odpadliśmy. Tutejsza, bliższa centrum, stara zabudowa wydaje się znacznie bardziej zadbana i bogatsza, a niedługo zauważamy, że te domy są… burzone i budowane o nowa. Ta sama szara cegła i dachówki, tylko domy jakby bardziej uporządkowane i z pewnością czystsze. Na wielu drzwiach wiszą czerwone zawieszki i napisy – po pojawiających się na nich kogutach zauważamy, że zostały one jeszcze po obchodach księżycowego nowego roku. Domy są tu tak ciasne, że ludzie szukając przestrzeni wychodzą na ulicę po prostu popatrzeć, co się na niej dzieje ciekawego. Na nas reagują życzliwie, chociaż niektórym się za nami aż wykręcają głowy i robią nam zdjęcia (to zresztą zupełnie jak my im). Mimo, że to stolica, nie ma tu wielu cudzoziemców (a na pewno znacznie mniej niż w Tokio lub Hongkongu). Wkrótce docieramy na prawdziwy plac budowy.

Czym jest Bibimbap
Dziś zniszczyło nas to miasto. Przeszliśmy 15 km i zobaczyliśmy w sumie tylko jeden punkt na mapie. Wracamy metrem do naszej ulubionej piwnicy gastronomicznej w Glory Mall (Chińczycy tak lubią jeść na mieście, że są tu całe centra handlowe samych restauracji). Po drodze w przejściu podziemnym mijamy budki, przypominające telefoniczne, ale z automatem karaoke. Karaoke we wschodniej Azji jest tak popularne, bo miejscowi nie wstydzą się źle śpiewać. Tak jak u nas uznaje się, że nie każdy potrafi to robić dobrze, ale każdy może się dzięki temu bawić. Za to Azjaci za bardzo nie tańczą. A w śpiewie może trochę pomagać fakt, że mówiąc po chińsku i trzeba panować nad tonami, więc może im przychodzić tu naturalniej. Dziś decydujemy się na kuchnię azjatycką, w czymś zorganizowanym jak europejskie Vapiano (płacisz zupełnie zbędną przedpłaconą kartą lub telefonem na różnych stoiskach), o czym dowiadujemy się na migi od zażenowanych naszym nieogarnianiem kucharzy. Wśród niezbyt jasnej, ale bardzo zorganizowanej oferty azjatyckich potraw, wybieramy bibimbap, czyli ryż zapiekany w kamiennej misce z warzywami i jajkiem. Jest pyszne, egzotyczne i tanie (za dwie osoby płacimy jakieś 70y). Jednak nie wszędzie jest tu tanio – w europejskiej restauracji obok podają spaghetti za 100y i steki za 300y. Po drodze mijamy scenę oświadczyn w centrum handlowym, gdzie młody Chińczyk przebrany za kota śpiewa coś swojej wybrance serca, a potem prowadzi ją do jubilera, by sobie coś wybrała.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.