Świątynia Nieba


Smog
Nasz poranek jest ciężki, przede wszystkim dlatego, że wstajemy mniej więcej o tym czasie, o którym w Polsce byśmy poszli spać. Mimo że udaje mi się zasnąć dopiero nad ranem, to jakoś udaje nam się zwlec przez 10. Na śniadanie jemy wczorajsze owoce. Zanieczyszczenie powietrza w Pekinie jest dużym problemem. Mimo to dziś – jak na tutejsze warunku – powietrze jest całkiem dobre. A to bardzo dobrze, bo dziś idziemy do parku. Gdyby powietrze miało się pogorszyć (a prognozę można sprawdzić w internecie), przywieźliśmy ze sobą maski, choć niewiele osób a ulicy z nich korzysta.

Pierogi na smartfona
Szukając poważniejszego jedzenia, ruszyliśmy w kierunku najbliższego centrum handlowego. Po drodze obserwujemy nieraz wyjątkowo drobną przedsiębiorczość – naprawa butów na ulicy lub koleś, wiecznie w azjatyckim przykucu, sprzedający kilka par okularów przeciwsłonecznych. Ciekawe i nieco niepokojące są lady z wyjątkowo śmierdząca garmażerką. Po drodze mijamy też meczet (niestety nie wiemy, czy to słynny Meczet na Wołowej), który architektoniczne nie różni się absolutnie od chińskiej świątyni. Po prostu część ozdobnych napisów jest po arabsku, poza tym są tu typowe kolumny i pagody. Przypadkiem trafiamy do podziemi centrum handlowego Glory Mall, które jest prawdziwym emporium z tanim azjatyckim jedzeniem. My jemy pierogi z colą (40y) i patrzymy na odbierający zamówienia dostawców jedzenia na telefon, którzy wbiegają, głośno dyskutują i wybiegają. Połowa z nich wygląda jak żółty power ranger z królikiem w logo, a druga połowa jak niebieski. Potrawy pszenne, a więc pierogi z mięsem, naleśniki, makaron itp. są w ogóle głównym składnikiem miejscowej kuchni.

Świątynia Niebios
Pekin to absurdalnie rozległe miasto i dziś się o tym przekonujemy z całą mocą. Do najbliższej nas atrakcji musimy dojechać metrem, a wcześniej do tej stacji dojść i już tym jesteśmy zmęczeni. Świątynia Niebios (wejście 34y/2) znajduje się w ogromnym parku, który w ogóle nie przypomina tych typowo chińskich. Ziemia jest sucha, a drzewa rosną rzadko i jak od linijki (to zresztą nieciekawe iglaste cyprysy). W całym parku kręcą się chińscy emeryci (wbrew obiegowej opinii jest tu państwowe ubezpieczenie społeczne) i grają w karty lub słuchają ludowej muzyki z radyjka. Emeryci to też chyba najszczęśliwsza tutaj grupa społeczna, bo mają zapewnione dużo rozrywek i nic już muszą nikomu udowadniać.

 

Droga rytualna
Sama świątynia wygląda dość typowo, tyle że jest okrągła. Te w Japonii​ czy Hong Kongu były bardzo, bardzo podobne (były zresztą wzorowane na chińskich, bo to najstarsza kultura w tym regionie). Ale każdy odwiedzający Chińczyk chyba musi sobie zrobić z nią zdjęcie. Rytualnej drodze cesarzy udaje się nas zmęczyć (cesarz w starożytnych Chinach przychodził tu raz do roku złożyć ofiarę jako pośrednik między Niebiosami a ludem). Niesamowite jest wrażenie, jak przestronne i ogromne jest to miasto w porównaniu do Hongkongu lub Tokio. Bardzo przypomina pod tym względem dziurawą Warszawę. Po drodze wycieczki szkolne w mundurkach z ortalionu robią sobie z nami zdjęcia i przybijają piątki. Bardzo modne jest tu mieć zdjęcie z białasem na Baidu (chiński odpowiednik Facebooka), bo popkultura i reklamy przez całe życie wmawiają, że biali są od nich fajniejsi.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.