Barceloneta


La Barceloneta
Trochę przypadkiem trafiamy do Barcelonty – imprezowej, hipisowskiej i modernistycznej dzielnicy nad morzem. Tu się pije nawet w środku dnia, ale za to miłe wrażenie sprawia kilka kwartałów bez samochodów. Nad morzem kuszą rybne restauracje, ale to zwykle za duży wydatek. Sama plaża jest brudna i sprawia raczej smutne wyrażenie, ale i tak moczyny na niej nogi. Spacerujemy jeszcze niezbyt ciekawą promenadą i oglądamy portowe magazyny. Na koniec jeszcze, dla widoków, pozwalamy sobie na jazdę diabelskim młynem (4e).

Muzeum morskie
Na koniec dnia trafiamy jeszcze do designerskiego muzeum morskiego, korzystając z niedzielnych darmowych wejściówek. Muzeum jest nowe, wielkie i, mimo średnio interesującego tematu, robi spore wrażenie. Na koniec kupujemy jeszcze trochę egzotycznych owoców (między innymi nową dla mnie cherymoję) i, zmęczeni, wracamy do domu.

Barceloneta ponownie

Jedziemy nad morze, by zjeść urodzinowy obiad Małgosi. Niestety wszystkie knajpy z widokiem na morze są strasznie turystyczne i drogie (mieszkańcy jadają raczej wieczorem), ale coś udaje nam się wybrać. Małgosia wybiera wino „czerwone”, więc kelner przynosi chardonney. Przy nas nawet kelner nauczył się już po polsku rozmawiać. Dziś, w słońcu, plaża ma już zupełnie inny klimat. Oglądamy przystojnych surferów chodzących z deskami – jest ich wielu, bo dziś wieje, więc warunki mają świetne. Kręcąc się po wąskich uliczkach Barcelonety, oglądamy miejscową tradycje – przysłowia i modlitwy wymalowane na ozdobnych płytkach azulejos. Barceloneta jest bardzo przyjemna – życie toczy się tu w kawiarnianych ogródkach i na placach otoczonych domami – w tym sposób sąsiedzi nawzajem pilnują bezpieczeństwa i np. dzieci na placu zabaw. Tu też mają targ (one wszystkie mają ładną, strarą, żeliwną konstrukcje), ale tym razem udaje nam się wyjść nie kupując niczego.


Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.