Przełomy Vintgaru


Jezioro Bohinjskie
Na koniec jeszcze jedziemy obejrzeć kolejne górskie jezioro. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Trygław (to ten szczyt, który widać na fladze Słowenii). Ciągle mijamy rowerzystów lub turystów z plecakami i namiotami. My tutaj z yarisem i bez przygotowania do trekkingu niestety wiele nie zobaczymy. Ludzie kąpią się w jeziorze lub piją piwo w barach. Ładnie. Jemy w naszej ulubionej knajpie w Bled (tej od czevapcziczi). Do obiadu (20e) zamawiamy sobie tradycyjną, bledzką kremówkę (wszędzie je tu podają i podobno są charakterystyczne dla tych okolic). Dobrze, że zamówiliśmy jedną, bo waży chyba z pół kilo.

Wąwóz Vintgar
W okolicy znajduje się kolejna z największych atrakcji Słowenii – kładka prowadząca przez przełomy  rzeki Radovna (tu wszystko ma takie swojskie nazwy i można się tu dogadać po polsku). Droga do niej prowadzi przez wsie i gospodarstwa, i jest wręcz nieprzyzwoicie kręta. Sam wodospad (4e) jest naprawdę piękny. Trochę przypomina Jeziorka Plitwickie na Chorwacji – ładne widoki, niebieska woda i kładki dla pieszych. Żeby wrócić do samochodu, przechodzimy go w dwie strony (3 km). Wśród postawionych przez innych turystów kopczyków kamieni robimy sobie przerwę.

Radovijca
Dziś opuszczamy okolice Jeziora Bledzkiego i, po szybkim śniadaniu w supermarkecie Spar, ruszamy w dalszą drogę. Trochę przypadkiem (z daleka wyglądało ładnie) zatrzymujemy się na kawie w kolejnym bajkowym miasteczku, Radovijcy. W Radovijcy są stare, kolorowe domy, kwiaty na każdym rogu, dużo kotów i kawa za 1,4e (tak ogólnie ceny są tu dużo rozsądniejsze niż w Europie Zachodniej). Oglądamy też widok na Alpy Juliańskie i udaje nam się dostrzec potrójny szczyt Trygława (tego z herbu Słowenii). Przepiękne miasteczko, jeszcze nie rozjeżdżone przez turystów, po którym większość mieszkańców i turystów porusza się rowerem. Opieramy się propozycji zjedzenia gibanicy – słoweńskiego ciastka (coś jakby połączyć sernik, szarlotkę, makowiec i mazurek z orzechami w jedno). Ponieważ yaris od kilku dni służy nam za dom, to znajduje się w nim coraz więcej rzeczy (kto ze mną jeździł ten wie, że nigdy nie było ich tam zbyt mało)


Leave a comment