Jezioro Bledzkie


Wiedeń
Austria powitała na małymi, ładnymi miasteczkami i polami słoneczników (a gdzieniegdzie i winnicami). Szybko jednak zaczęła się autostrada, z której nie widać zupełnie nic. Zatrzymaliśmy się w Wiedniu na kawie i łososiu w Ikei. Szukaliśmy też przejściówki do ładowarki do Fuji w MediaMarkcie (popsuła się), ale mieli tam tylko jakiś adapter za 40e, więc ładowarkę pewnie będę musiał naprawić sam.

Graz itd.
Ogólnie droga przez Austrię nie była taka krótka i łatwa, jak przez Czechy, z powodu gór. Autostrada kręciła i wznosiła się lub opadała (pod górkę Yaris nie dawał rady na 6. biegu), ale widoki na zarośnięte świerkami Alpy były niesamowite. Potem nie było już za bardzo, co oglądać, a droga zaczęła się nużyć. Gdy obiliśmy z drogi na Maribor, czyli najbardziej mainstreamowego sposobu na dotarcie do Chorwacji, ruch zrobił się znacznie mniejszy.

Słowenia
Granica austriacko-słoweńska przebiega przez ogromne pasmo Karawaników, pod którymi przejechaliśmy tunelem (7e). Po drugiej stronie witał nas już nowy kraj. Nasz cel jest niedaleko od granicy (30e za winiety autostradowe trochę boli) i to właściwie pierwsza atrakcja w tym malutkim kraju.

Bled
Jezioro Bled to najbardziej charakterystyczny słoweński obraz i największa atrakcja turystyczna tego kraju. Otoczone górami jezioro, z wyspą i cerkwią na środku robi naprawdę duże wrażenie, choć jest tu dość turystycznie, a parkowanie to koszmar (cwaniackie parkingi po 8e). Miasteczko Bled  też nie jest brzydkie, choć nad samą wodą górują bloki hoteli. Właściwie dzięki szczęściu udaje nam się zjeść bardzo dobrze i za rozsądne pieniądze (17e), a tutejsze czewapcziczi (ostre, mielone, baranie kotlety) będę długo wspominał.
Hrad
Na szczęście dni są teraz bardzo długie i nawet o 21 udaje nam się coś pozwiedzać. Wchodzimy serpentynami na zamek na wielkiej wapiennej skale (fajne, że jest wciąż otwarty), by obejrzeć z góry jezioro. Podoba się nam tu, bo jest bardzo zielono.
Bled rano
Na zwiedzanie Bled i okolicy przeznaczamy cały dzień. W miasteczku oglądamy tylko gotycką(!) cerkiew i kilka uliczek, bo na zamku już byliśmy wczoraj (co pozwoliło nam oszczędzić 20e). Samo Bled to małe i niebrzydkie miasteczko, które można obejrzeć w godzinę, jeśli jeszcze zdecydujemy się wpaść gdzieś do kawiarni. Jak się okazało, wczoraj udało nam się już go pół zobaczyć, a problem z parkowaniem jest tutaj większy niż pod Pałacem Kultury, decydujemy więc objechać to krystaliczne Jezioro Bledzkie dookoła i znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce.
Blejskij Otok
Objeżdżamy jezioro dookoła, ale problem (10e) z zatrzymaniem się w innych miejscach, niż Bled jest – nie do wiary – jeszcze większy. Wszyscy tu mają rowery, motory lub parkują na cały dzień i idą na plażę. Po drodze mijamy urocze, alpejskie wioski, gdzie kwiaty wiszą nawet na przystankach autobusowych. W końcu zostawiamy samochód pod jakimś hotelem i idziemy zjeść kanapkę z widokiem na cerkiew na jeziorze. Ono jest naprawdę krystalicznie czyste i widzimy ryby kilka metrów pod powierzchnią. Agnieszka mówi, że to może przez wapień.

Leave a comment