Mikulov


Via Adriatica
Decyzję o wyjeździe mniej więcej do Chorwacji podjęliśmy wczoraj i cały dzień upłynął nam na przygotowaniach. Mam szczerze dość sztywnych dat określonych przez daty tanich lotów, które wybiera się nie mając pojęcia, ile czasu warto spędzić w danym miejscu. Na pewno wrócimy na 30 lipca, bo kolega Agnieszki z pracy zaprosił nas na ślub. Mamy nadzieję, że Yaris (i kierowca) okaże się dzielny.

Yarisem przez Europę
Dziś rano wyjechaliśmy na Bałkany i, gdyby nie wyjątkowy ciąg pechowych wydarzeń, pewnie do Słowenii dało by się dojechać w jeden dzień. Przez większość Polski i całe Czechy jechaliśmy autostradami, a to jest zupełnie nowa jakość jazdy samochodem. Przed śniadaniem byliśmy w Częstochowie. Zawsze bałem się tych polskich głównych tras, gdzie wszyscy jadą wyjątkowo za szybko i nagminnie wyprzedzają na trzeciego, ale po zachodniemu – autostradami, to ja mogę jeździć.

Zielona Karta
Praktycznie w każdym większym mieście, przez które przejeżdżamy, staram się uzyskać zieloną kartę – czyli praktycznie tłumaczenie ubezpieczenia samochodu na angielski. Jest potrzebne, by wjechać do Bośni, która jest poza Unią Europejską i widocznie Unią OC Yarisa. Jednak w ostatnim mieście przed granicą – Gliwicach – okazuje się w końcu, że nie jest to możliwe. Cóż, OC na Bośnię można jeszcze wykupić na jej granicy.

Czechy
Czechy to dla nas kraj przejazdowy, więc mieszkańcy nauczyli się to wykorzystywać i musimy zapłacić myto (440 KRC) za przejazd przez autostrady. Przez pierwsze 50 kilometrów całkiem nieźle odbiera śląskie Antyradio, a potem słuchamy czeskich przebojów m.in. „Małgośki” Maryli Rodowicz po czesku. Nie udaje nam się niestety usłyszeć, czy też – jak w oryginale – występuje tam Saska Kępa. Ogólnie przejazd przez to małe państwo zajmuje jakieś niecałe dwie godziny, w trakcie którego nie widać zupełnie nic – nie ma tu nawet zbyt dużo stacji benzynowych. Tylko niebrzydkie wzgórza i złote już pola – to chyba jakieś rolnicze zaplecze kraju albo kompletna prowincja. Gdzieś dopiero w połowie drogi trafiamy na pierwszy sieciowy fastfood – zwykle lubię jeść jak najbardziej lokalnie, ale nie w drodze. Chociaż tu też podają nam Twistera zrobionego na czeski sposób, czyli zupełnie pozbawionego warzyw. Po drodze przejeżdżamy właściwie przez dwa miasta – Ołomuniec, w którym znajdujemy KFC i Brno, w którym autostrada odbija na Pragę. My wybieramy jednopasmową i urokliwą drogę na Wiedeń.

Mikulov
To piękne miasteczko na granicy z Austrią. Chcemy tu przespać, bo wierzymy, że będzie taniej niż pod drugiej stronie granicy, a na raz dojechać jednak nam się nie udaje. Mikkulov to ładne, winiarskie miasteczko położone wśród wapiennych skał. Już z daleka widać ogromny Zamek i turystów na rowerze. Powoli zaczyna się robić wakacyjnie. Wieczorem udaje nam się wyjść do winiarni na kieliszek białego wina i przekąski (na Zachodzie pewnie nie byłoby nas stać na takie przyjemności). Na rynku (Namesti) zaczynał się jakiś festiwal muzyczny, a wszyscy po miasteczku chodzili z kieliszkami wina (40 CZK) kupionymi w miniaturowym jarmarku świątecznym. Udało nam się jeszcze zrobić spacer po mieście i obejrzeć ten ogromny zamek. Agnieszka jest zachwycona tym miasteczkiem z bajki, a mi przypomina Toussaint z Wiedźmina. Jutro jedziemy do Słowenii.

Comments (1)