Garment District


Szalom, B&H
Dziś znów zaglądam do B&H – tym razem zwrócić wczorajsze zakupy. Oczywiście w USA nie ma z tym żadnych problemów (zwrot do 30 dni), a obsługuje mnie kilku sympatycznych chasydów z pejsami. Plakaty informują, że niedługo sklep będzie zamknięty na dwa tygodnie ze względu na święto paschy.

34th Street Discrict
Światło jest takie ładne, że postawiam iść na spacer (jakby coś innego robił przez ostatni tydzień – już telefon się cieszy ze mnie i gratuluje mi codziennie przechodzenia 10 tys. kroków) Okazuje się, że jestem w dzielnicy sklepów z ciuachami i nigdy jeszcze nie tutaj widziałem tylu ludzi na uliacach – czyżby wszyscy przejechali do miasta pociągiem o wyszli z Pennsylvania Station? Mimo tylu sklepów modowych, nie mogę nigdzie dostać rękawiczek („w kwietniu to my sprzedajemy stroje kąpielowe”),  a jest koło zera  Z ciekawości zaglądam do Macy’s, który ma być nowojorskim odpowiednikiem Harrodsa (sklepu, w którym kupisz wszystko od skamielin po samochody), ale okazuje się tylko domem towarowym z luksusowymi markami. Kto chodzi do takich miejsc i po co to umieszczać w przewodniku? Tutaj pewnie też nie znalazłbym rękawiczek.

Sernik z piklami
Są dwie „potrawy” charakterystyczne dla Nowego Jorku – hot-dogi i serniki (o tym dowiaduję się na miejscu). Zjadam takiego hot-doga za 10 zł, ale smakuje jak taki z Ikei za złotówkę. Nic dziwnego, że mobilne kebaby ich wypierają. Ciekawe jest to, że w Nowym Jorku można znaleźć kiszonego ogórka (nie pikle), ale nie umieją go dobrze zrobić. Widziałem tu też jedzeniu na wagę w deli pierogi ruskie i gołąbki z szynką Sernik (nie martwcie się o mnie, jadłem go kilka dni wcześniej) jest za to pyszny, inny niż w Polsce i tak  tłusty, że aż kremowy.

Korea Town
Jedyne puste miejsce w Nowym Jorku to Central Park, kilka skwerków i te dziwne miejsca, gdy Broad Way zaburza regularną siatkę ulic tworząc małe place w kształcie klapsydry. Jednym z nich jest Herald Square (tak, tu znajduje się ich redakcja), w którego oklicy znajduje się dzielnica koreańska. Polska dzielnica to położony na Brooklynie Greenpoint albo lub Chicago, ale jesteśmy tu tak mało egzotyczni i skłóceni, że bardzo szybko się tu aklimatyzujemy). Nie mogę się oprzeć bufetowi koreańskiemu (wszystkie jest ostre i kwaśne). Tak chodzę i obserwuję, że ludzie tutaj faktycznie żyją inaczej. Całe życie dzieje się na ulicy, a je się chyba wyłącznie na mieście (to jedzenie w deli jest w rozsądnych cenach). Mieszkania są zapewne małe (bo drogo), ciemne (bo gęsta zabudowa) i tylko się w nich śpi. Ale to dotyczy tylko największych metropolii (Manhattanu lub Nowego Jorku). Wiadomo, że łatwiej się fotografuje codzienne życie, gdy odbywa się w przestrzeni publicznej, a nie za zamkniętymi drzwiami.

Empire State Building
Empire State to najbardziej znany i najwyższy (do czasu zbudowania WTC, po jego zburzeniu i do czasu odbudowania) wieżowiec w Nowym Jorku, symbol bogactwa i potęgi USA (sama nazwa już o tym świadczy). Co ciekawe Empire State Building również przeżył zderzenie z samolotem ze mgle w czasach międzywojennych, ale nic mu się nie stało (inna sprawa, że wtedy raczej latały mniejsze i wolniejsze samoloty). Żeby zobaczyć wnętrza, a przede wszystkim widok z dachu, trzeba wybulić 32 dolary, ale już wnętrza foyer robią wrażenie (zewnątrz nie jest zbyt ładny). Przedwojenne, chromowane i retrofuturystyczne – charakterystyczne i coś, co bardzo trudno znaleźć w Europie, gdzie popularniejszy był modernizm niż artdeco.

Bye, bye, Times Square
Times Square znów nie zachwyca i nie wiem, czemu widzę tu najwięcej ludzi się fotografujących na jednostkę powierzchni (jednostka popularności atrakcji turystycznych – ilość selfie sticków na stopę kwadratową – dla Times Square wynosi prawie 1). Redakcja New York Times przypomina Rockefeller Center i też trudno uznać ją za klasycznie ładną. Times Square, jak wszystkie broadwayowskie place, ma kształt klepsydry. Powoli żegnam się z Nowym Jorkiem. Consierge w hotelu (to taki hotelowy cwaniak-tragarz-pomocnik) nawet nie proponuje mi taksówki – on wie, co o nim myślę.
Nieciekawe smęty z drogi na lotnisko, które powstały z nudów
Na lotnisko jadę metrem (8 dolarów), a metro stoi w korku innych pociągów metra – właściwie to my stoimy, a pociagi mijają nas z obu kierunków, z góry i z dołu. To tylko te stacje są takie małe – infrastruktura i ilość torów jest ogromna. Są pociągi lokalne i pospieszne (nie stacje mijają) i wiele rozgałęzień trasy, co też sytuacji nie ułatwię np. wczoraj zamiast dojechać na Broadway, udało mi się trafić na Harlem. Gdy zobaczyłem jak na filmie Frank Underwood wrzuca Zoe Barnes pod pociąg wydało mi się to naciągane, ale na miejscu widzę, że na tych wąskich i pełnych przeszkadzajek peronach to całkiem sensowne. Stacja docelowa Jamaica Station brzmi intrygująco. Moja walizka przekracza dozwolone 50 funtów, co znaczy że wujek Mateusz z Ameryki przywiozi 13 kg prezentów. Aha, okazało się że wcale nie lecę British Airways tylko American. Nie ogarniesz. Lot jakiś krótszy niż planowano, bo wieje zachodni wiatr (6h). A samolot jakiś inny albo zamontowano w nim listy LED i bawią się nimi jak nasz sąsiad z Międzynarodowej.

Leave a comment