Tribeca


Tribeca
TriBeCa i SoHo to podobne i sąsiadujące ze sobą dzielnice na Dolnym Manhattanie. Obydwie (a także DUMBO) też są przykładami pokrętnej, nowojorskiej etymologii, bo pierwsza oznacza „Trójkąt (ale nie jest trójkątne) pod (czyli zgodnie z nurtem rzeki Hudson) Canal Street” , a druga „dzielnica na południe od ulicy Huston” – nic dziwnego, że je skróciili. Obydwie to poprzemysłowe dzielnice szukające dziś swojego miejsca. Cześć eleganckich, pofabrycznych wnętrz przerabiać się na lofty (mieszkania), sklepy lub bary – ale większość wciąż czeka na zagospodarowanie. Kamienice są tu zwykle niższe (choć zdarzają się budynki jak góry), wykonane z czerwonej cegły i z charakterystycznymi starymi schodami przeciwpożarowymi. Tutaj też widać charakterystyczne nowojorskie kontrasty – piętrowa kamienica obok lub przed dwudziestopiętrową wydaje się taka mała! Całość trochę przypomina polską Łódź (nawet historia jest podobna – tu też ważny był przemysl włókienniczy). Podobno w dużą część lokali zainwestował miłośnik Nowego Jorku – Robert de Niro. Jednak wciąż Tribeca wydaje się zaniedbana, brudna i biedna. W czasie fotografowania w taką pogodę muszę często chodzić ogrzać się na herbacie (tańsza niż kawa) w deli.

Greenwich Village
Wykorzystując dobre światło do fotografowania, dalej dzielnie zwiedzam miasto. Greenwich Village to sympatyczna, spokojna dzielnica mieszkalna i pierwsza, na której widzę choć trochę drzew. Tą sympatyczność psują tylko wszechobecni dilerzy narkotyków np. w parku Washington Square. Ogólnie Nowy Jork jest jedyny w swoim rodzaju (przede wszystkim nie spodziewałem się, że jest taki stary – np. sprzedawca butów tutaj wygląda jak przedwojenny szewc, a nie jak Deichmann w centrum handlowym), ale miejscami przypomina mi Londyn. Tak więc, fotografie, jeśli nie stać Cię na robienie streeta w Nowy Jorku – zainteresuj się stolicą Wielkiej Brytanii. Z pomocą autobusu (i nawigacji w telefonie, bo inaczej nawet ja bym tej komunikacji z ciągłymi zmianami nie ogarnął) docieram do High Line.

Chodząc po ulicach Nowego Jorku
Wciąż jestem w szoku, jak bardzo mają tu piesi pierwszeństwo nad samochodami – na przecznicach nikt nie patrzy na światło do tego stopnia, że nawet uniemożliwia to przejazd pojazdów (na alejach – te są zwykle szerokie – jest już mormalniej). Greenwich Village to też dzielnica popularna wśród nowojorskich gejów, ale należy pamiętać, że wszędzie zachodnich metropoliach można spotkać facetów trzymajacych się za ręce. A Nowy Jork to już szczególnie miejsce przyjazne każdemu – np. miejsce schronienia wielu Europejczyków przed wojną, w którym mówi się wieloma językami i w którym można żyć według własnych zasad (np. miejscowi żydzi chasydzi urządzili sobie tutaj małą Jerozolimę). Na Manhattanie jest też zadziwiająco dużo imigrantów ze wschodniej Azji (czarni i latynoscy Amerykanie mieszają raczej dalej od centrum), ale w tutejszej komunikacji miejskiej można usłyszeć wszystkie języki świata. Ogólnie czuję się, jakbym był w Ameryce od przedwczoraj, bo Floryda w niczym nie przypominała tego miasta. Wszystkiego muszę się uczyć od nowa – nawet sklepy są tu inne.


Leave a comment