World Trade Center i Grand Central Station


Wall Street
Dochodzimy w końcu do Wall Street – siedziby nowojorskiej giełdy, banków komercyjnych i państwowych i innych instytucji finansowych. Ciekawie wiedzieć, że w tych neogotyckich i historyzujących gmachach decydują o stanie światowej gospodarki, ale ogólnie nie ma co tu oglądać. Jest jeszcze pamiątka po miejscu, gdzie Jerzy Waszyngton został zaprzysiężony na pierwszego prezydenta Ameryki, ale zagranicznych turystów raczej to nie zainteresuje. Po drodze mijamy jeszcze Bank Rezerw Federalnych, który próbowali obrabować w co drugim westernie. Po krótkim zastanowieniu, my sobie to darowujemy. Na lunch chyba cudem wciskamy się do tajskiej restauracji szybkiego ruchu, bo jest pełna w 110%. Jedzenie dobre i zadziwiająco tanie (8 dolarów). Chodzę po tym mieście i widzę, że jedno z lepszych rzeczy tutaj, to że to miasto nie spotkała suburbanizacja – tu wszędzie mieszkają ludzie, są szkoły i centrum nie wyludniają się po końcu dnia pracy.

Katedra św. Patryka
Do tej pory ta katolicka(!) katedra nie miała do nas szczęścia – albo zamykano nam ją przed nosem, albo my gdzieś pędziliśmy. A szkoda, bo okazuje się że marmurowe, neogotyckie wnętrze jest niesamowite (choć bardzo przypomina londyńskie Opactwo Westminsterskie). Jest tu m.in. Kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej. Ostatnio było w rodzinie tyle pogrzebów, że gdy zaczyna się msza, zostaję.

Grand Central Station
Na koniec jedziemy jeszcze na najsłynniejszy amerykański dworzec kolejowy – Grand Central Terminal. Pewnie nie jedna firmowa para się tu zegnała na zawsze, ale dziś kolej w USA nie jest popularna (ma tylko pewno znaczenie jako transport towarów). Głowna hala biletowa ładnie wychodzi na zdjęciach, ale poza nią nie ma tu nic ciekawego – np. perony przypominają brudne, nowojorskiej metro. W hali głównej dworca jest wielki sklep Apple. Mam już dość kanapek i kawy. W USA niesamowicie modne są smoothie – domowej roboty bobofruty, takie zdrowe odżywianie dla leniwych.


Leave a comment