Wall Street


Dzień zaczynamy od arcyamerykańskiej kanapki z kilkunastoma plasterkami drobiowej szynki i jedziemy obejrzeć najbardziej charakterystyczne miejsca w Nowym Jorku. W większości znajdują się w Dolnym Manhattanie, czyli południowej części najważniejszej z wysp Nowego Jorku. Manhattan nie jest mały (20×4 km), ale my jedziemy metrem i jakimś cudem trafiamy za pierwszym razem. Po drodze widzieliśmy stacje, na których krzyzowało się kilkanaście linii metra. Najważniejszą zasadą, żeby się zorientować w poruszaniu na Manhattanie, to nauczyć się, że ulice nie mają nazw, a numery – te ze wschodu na zachód to ulice, a z północy na południe – aleje. Numeracja rośnie w od południowego zachodu.

Trinity Church
Kościół św. Trójcy to neogotycki kościół stojący wśród ogromnych kilkunastopietrowych, starych kamienic (niektóre wyglądają jak Prudentail, inne jakby postawić na siebie pięć hoteli Bristol, a inne są mniej ciekawe). Gdy wchodzimy, właśnie zaczyna być odprawiana msza przez kobietę-księdza, która wita się ze wszystkimi parafianami – również tymi oglądającymi streeming mszy online. W kościele jest tak mało ludzi, że muszą do siebie machać w trakcie znaku pokoju. Wokół kościoła jest skromny, parafialny cmentarz. Ciekawe są ten kontrasty starego (czyli maksymalnie XIX-wiecznego) i nowoczesnej metropolii. Można sobie trochę wyobrazić, jak wyglądałby Warszawa, gdyby nie było wojny. No ale ogólnie Nowy Jork ma taki mniej nowoczesny klimat niż Europa.

Wall Street
Dochodzimy w końcu do Wall Street – siedziby nowojorskiej giełdy, banków komercyjnych i państwowych i innych instytucji finansowych. Ciekawie wiedzieć, że w tych neogotyckich i historyzujących gmachach decydują o stanie światowej gospodarki, ale ogólnie nie ma co tu oglądać. Jest jeszcze pamiątka po miejscu, gdzie Jerzy Waszyngton został zaprzysiężony na pierwszego prezydenta Ameryki, ale zagranicznych turystów raczej to nie zainteresuje. Po drodze mijamy jeszcze Bank Rezerw Federalnych, który próbowali obrabować w co drugim westernie. Po krótkim zastanowieniu, my sobie to darowujemy. Na lunch chyba cudem wciskamy się do tajskiej restauracji szybkiego ruchu, bo jest pełna w 110%. Jedzenie dobre i zadziwiająco tanie (8 dolarów). Chodzę po tym mieście i widzę, że jedno z lepszych rzeczy tutaj, to że to miasto nie spotkała suburbanizacja – tu wszędzie mieszkają ludzie, są szkoły i centrum nie wyludniają się po końcu dnia pracy.


Leave a comment