Times Square


Dziś lecimy do Nowego Jorku. Lot zajmuje trzy godziny, ale wszystkie dojazdy, kontrole, zameldowania i wymeldowania zajmują nam cały dzień. Lecimy na najmniejsze nowojorskie lotnisko – La Guardia, które obsługuje loty krajowe. Przygotujcie się więc na ciekawostki. Nie wyobrażam sobie, żebym sam tu przyjechał, jeśli na same kanapki na drogę wydałem dziś prawie 50 dolarów.

Ciekawostki:
Gdy zamawiasz coś w amerykańskiej kawiarni lub restauracji, pytają Cię o imię i potem po nim wołają. Irek się nad nimi nie znęca i używa swojego prostszego, amerykańskiego imienia.
Bez karty kredytowej w USA nic nie załatwisz, np. hotelu lub parkingu. I to chodzi o kredytową sensu stricto, a nie debetową czy prepaid. Jak płacę za zakupy gotówką większym bankontem to patrzą na mnie podejrzliwie i zaznaczają banknot. Dzięki temu firmy mogą Co wystawić dowolnie wysoki rachunek bez żadnego Twojego potwierdzenia (gdybyś np. spalił pokój hotelowy).
Nowy Jork ma tylko pięć dzielnic: Manhattan (centrum, gdzie my mieszkamy), Brooklyn (starsza dzielnica mieszkalna), Queens (nowsza dzielnica mieszkalna i lotniska), Bronx (tu czai się zło i jedyna dzielnica położona na lądzie) i Staten Island (niezamieszkana, rekreacyjna wyspa).

MIA
Na lotnisku wszystko robi się samoobsługowo przy użyciu komputerów, a więc sami sobie wystawiamy karty pokładowe, metkujemy i odprawiamy bagaż. Mimo amerykańskiego embarga politycznego jakieś samoloty na Kubę latają. Linie lotnicza są tutaj dużo bardziej sympatyczne – nikt nie sprawdza, czy nie wnosisz na pokład, nie daj Boże, dwóch plecaków, żeby Ci dołożyć opłatę manipulacyjną. Za to opłatę manipulacyjną i karę za tankowanie(!) przysoliła nam wypożyczalnia samochodów (mafia). W ogóle w USA jest pełno dodatkowych opłat nie wliczonych w cenę, zaczynając od braku vatu wliczonego w cenę produktów.

757
Moja współpasażerka zapewne jest zbyt fajna by odpowiedzieć na moje powitanie… albo zbyt zapatrzona w iPhone (wszyscyy Amerykanie korzystają z jednego, modnego modelu telefonu). W moim rzędzie siedzi Japonka (w maseczce chirurgicznej, bo pociąga nosem i nie chce innych zarazić), Amerykanka i ja i wszyscy siedzimy w telefonach (jedyna różnica taka, że mnie nie stać na Apple). Taki lot krajowy bardziej przypomina autokar niż poważną wyprawę – np. nie trzeba wyłączać telefonów i leci telewizja. Z ciekawszych pasażerów to leci z nami 3-miesięczne dziecko (które oczywiście po amerykańsku wszyscy zagadują i gratulują), żyd z brodą i kapeluszu (w USA mieszka ich więcej niż w Izraelu) i piesek york. Samolot nie wiem jaki, ale stary.

Moje współpasażerki uderzyły w kimono (haha), a ja sumiennie przerabiam przewodnik. Pierwszy raz korzystam z przewodnika, który pomaga zamiast przeszkadzać – jest krótki, konkretny i nie boi się napisać: to jest niezbyt ciekawe (Nowy Jork na Weekend wyd. Michelin). Przewodnik National Geographic, który na 140 stronach opisywał Miami, w którym warto spędzić jeden dzień, wniósł chyba lanie wody na nowy, wyższy poziom. Chociaż wciąż podpisuję się pod tym, że albo Ameryka nie jest zbyt ciekawa, albo miejscowi turyści mało wymagający, bo Michelin też opisuje takie rzeczy jak „sklep, w którym wisi kiełbasa w oknach”(!) oraz „kawiarnie pełne ludzi”.

LGA
Okazuje się, że ta La Guardia to jakiś brudniejszy Modlin. Albo gorzej nawet – w Modlinie masz kawiarnie. No ale chyba poczekam tutaj na Irka, bo nie mogę się z nim nijak skontaktować – mój nowy amerykański numer zdaje się nie działać poza Florydą. Witają mnie świecące napisy „Boże, pobłogosław nasze wojska” i inne zwiane z amerykańskim kultem weteranów. Nic nie będę na ten temat pisał – historia sama oceni, czy wojna z terroryzmem to dobry był pomysł. To chyba też ostatnie lotnisko, gdzie można sobie wejść na dworzec, przylatujący kręcą się wśród odlatujących, nie ma żadnych bramek bezpieczeństwa czy czegoś w tym rodzaju. W poczekalni siedziałem chyba za długo, bo zaczęto mi proponować zakup kradzionej biżuterii.

Witaj w Nowym Jorku
Do hotelu jedziemy transportem publicznym. Najpierw łapiemy autobus, a potem przesiadamy się w bardzo małe, bardzo brudne i bardzo fotogeniczne nowojorskiej metro. Po pociągu kręci się śmierdzący marihuaną żebrak. Trochę się gubimy na miejscu, ale okazuje się, że nasz hotel jest w samym centrum Manhattanu. Chodzenie w słuchawkach po mieście jest tu tak modne, że ludzie potrafią ich nie zdejmować w czasie posiłku i rozmowy w restauracji. Domy nad nami są wielkie, ale nie wyglądają na nowoczesne budynki ze szkła i stali – te są ciężkie, z żeliwa i piaskowca.

Midtown
Mieszkamy na skrzyżowaniu 7 i 53 alei. Wokół same bary z kanapkami, restauracje i sklepy z pamiątkami. No i oczywiście bezdomni, których jest tutaj nieskończona ilość. Tradycyjne nowojorskiej wózki z hotdogami zostały zastąpione przez mobilne kebabownie. Pięknie świecą nieprzeliczoną ilością żarówek teatry na Broadwayu. Wystawia się tu (niestety) głownie musicale i operetki, a wszystko jest w tym retro klimacie wzorowanym na lata 50. Przed teatrami muzycznymi stoją kolejki jak przed koncertem gwiazd rocka – wiek też się zgadza, bo w dużej mierze to wycieczki szkolne.

Times Square
Times Square świeci z daleka tak jasno, że gdy widzę go pierwszy raz, to jestem pewien, że to to umowne centrum Nowego Jorku. Times Square to nie jest właściwie plac, a raczej skrzyżowanie trzech ulic (Broadway jest jedną z niewielu ulic, która nie ma wszystkich skrzyżowań pod kątem prostym), na którym jest bardzo dużo swiecacych reklam w formie ekranów LCD. Co robi jeszcze większe wrażenie, jako że na Manhattanie nie ma właściwie świateł ulicznych i jest wszędzie dość ciemno. Wszyscy się kręcą lub siedzą na tym placu… i je podziwiają. Jeśli na kimś Times Square zrobił tak wielkie wrażenie, że ma ochotę wykrzyczeć swoją miłość do Ameryki, może to zrobić poprzez… zaciągnięcie się na Times Square do amerykańskiej armii. Nie wiem, jak w ciągu dnia, ale o tej porze kręcą się tu tak podejrzane typki, że ich złych intencji nie sposób się nie domyślić. Już wiem, że nie zrobię takiego ładnego zdjęcia, jak wszyscy, bo właśnie trwają tu roboty drogowe.


Leave a comment