Naples


Marco Island

Nie udaje nam się za to zobaczyć rezerwatu Fakahatchee (te dziwne tutejsze nazwy są chyba pochodzenia indiańskiego), bo mamy zbyt nisko zawieszony samochód lub jest za wysoki poziom wody, lub po prostu te parki są kiepsko oznaczone. Po godzinnej jeździe (od czasu do czasu znaki ostrzegają przed pumami na drodze) dojeżdżamy na zachodni brzeg Florydy. Wjeżdżamy na wyspę Marco Island, ale korki, blokowiska hoteli i brak publicznego dostępu do morza (przepełnione parkingi za 8 USD, w innych miejscach ostrzeżenia przed odholowaniem samochodu) sprawiają, że jeszcze szybciej chcemy stamtąd pojechać.

Naples

Zupełnie inne wrażenie robi miasteczko Naples (Neapol), pełne bogatych, murowanych willi, przestrzeni i palm. Przez bliskość rozlewisk wszyscy tu otaczają tarasy i balkony klatkami z moskitiery, a linia brzegowa jest tak skomplikowana, żeby każdy mógł nią podpłynąć nad pod dom. W Naples mieszka Stan Borys. Niektóre wille są tu boduwane w amerykańskim stylu revival – zabudowie inspirowanej architekturą śródziemnomorską. Tutaj w ogóle wszystko musi być jakieś – domy włoskie, kawa lub kanapki kubańskie, steak brytyjski itd. Wszystko próbuje na siłę być czymś innym. Tankujemy na stacji samoobsługowej benzynę 87 oktanów (ale samochód pali normalnie. Nie wiem, ile kosztuje benzyna (2 dolary za galon), ale chyba nie jest droga. Jedziemy na północ trójpasmową drogą międzystanową 75 (to chyba tutejsza autostrada?). Mijamy country cluby (zamknięte ogrody, w których tutejsi bogacze spędzają dnie, uprawiają sport i jedzą) i kluby golfowe – wszystkie ładne i bardzo zielone. Zatrzymujemy się w okolicach lotniska w Fort Myers. Nie ma tu chyba nic ciekawego. Wokół tylko amerykański kult parkingów i wielkich samochodów.

W naszym amerykańskim mieszkaniu wszystkie sprzęty AGD i RTV są produkcji amerykańskiej, a w naszym supermarkecie – niewiele rzeczy importowanych. To taki wielki kraj, że dzięki zróżnicowanemu klimatowi można wyhodować większość warzyw i owoców, więc nawet wino jest tu amerykańskie (choć gdy jest z już importowane, to bardzo widocznie to zaznaczają – może nie jednak włoskie wino to symbol statusu). Sklep jak sklep zresztą (oprócz tego, że podają w nim kanapki) – to że nie ma innego pieczywa niż super miękkie tostowe, to pewnie się domyślacie. Nie znajduje tu ponoć świetnego, amerykańskiego, nowofalowego piwa. Przygotowane sałatki i owoce to dobra alternatywa dla fastfoodu – ale to w ogóle takie społeczeństwo (może tylko tu na wakacjach), które woli wszystko łatwiej i prościej. Już mnie nawet nie dziwi, że pokojówka porusza się między pokojami na wózku golfowym.

Neapolitan Way

Dziś się byczymy na werandzie pokoju i jedyna nasza aktywność to 4-milowy spacer na plaże. Po drodze mijamy domy jednorodzinne (wszystkie parterowe, duże, pozbawione płotów i pastelowe). Nikt oprócz nas nie chodzi tu na piechotę. Pomiędzy budynkami często znajdują się sztuczne zatoki, co może pomagać trochę łagodzić tutejszy kliamat. Irek również zachwyca się tutejszymi wielkimi i rozłożystymi drzewami (pewną zagadką jest to, że wyglądają na dużo starsze od tutejszych domów).

Clam Pass

Na wybrzeżu stoją hotele-bloki i parkingi dla przyjezdnych. Okazuje się, że przejście dalej nie jest takie łatwe, bo czeka nas jeszcze milowy spacer (nie zawsze w stronę morza) kładkę przez bagna namorzynowe. Starsi i lub ludzie z większym pakunkiem mogą zabrać się na popularny tutaj, elektryczny samochód typu melex. Na plaży ludzie wypożyczają kajaki, grają w baseball/rocketball lub leża na podwójnych leżakach przypominających wielkie łózka. Szczyty hotelowych wieżowców giną we mgle. Poza okolicą greckiego baru na plaży nie ma wiele ludzi (pogoda nie jest najlepsza, poza tym dziś nie był tu wolny dzień). Piasek na plaży to potłuczone muszle.

Śniadanie świąteczne w hotelu to raczej smutne wydarzenie. W ogóle takie przydrożne motele mają specyficzny, niepokojący klimat. Na śniadanie razem z jakimś zespołem rockowym w trasie zjedliśmy gofry i owsiankę. W telewizorze kandydaci na prezydenta USA prześcigają się na to, który ma ładniejszą żonę. Poziom debaty politycznej sięgnął dna, ale i i nas nie jest wcale lepiej. Z Trumpem trudno wygrać, ale nie wiem, czy zaufałbym facetowi, który ma żonę młodszą o 25 lat. Nie było tu zmiany czasu.

Miromar Outlet

Dziś nie robimy nic więcej niż… zakupy (warto odnotować, że w Wielkanoc sklepy są normalnie czynne) w tzw. outlecie. Irek wydaje na zakupy kilkaset dolarów, przez co cała jego rodzina nie będzie musiała chodzić na zakupy do 2018 roku. Z jednej strony trochę dziwnie wydać dwie pensje na ciuchy, ale z drugiej strony, gdyby to wszystko kupić w Polsce zapłaci się co najmniej dwa razy więcej. A i jakość podobno wyższa. Generalnie w USA warto kupować ubrania i elektronikę, bo są tańsze. Miramor Outlet to centrum handlowe stylizowane na włoskie miasteczko, położone przy drodze międzystanowej – nie służy okolicznym mieszkańcom (głównie dlatego, że ich nie ma), tylko przejeżdżającym. Tutejsze przydrożne sklepy w ogóle mają specyficzną architekturę (nie przypomianają polskich supermarketów z blachy falistej), ale nie wiem, czy ma ona przypominać śródziemnomorską architekturę komuś, kto nigdy takiej nie widział, czy może amerykańskie osadnictwo w fortach, czy też coś zupełnie innego. Sporo jest tu zresztą obcokrajowców np. Niemców. Ludzie chodzą tutaj na zakupy z psem trzymając go np. w wózku. Swobodny styl życia i fakt, że psy w ogóle są sympatyczne powduje, że ciągle widzę tu scenki typu „ale ładny piesek, a czy można pogłaskać, a ile ma lat, ojej, jaki śliczny”. W wielu sklepów szukają pracowników.

Naples

Irkowi tak się spodobało zachodnie wybrzeże (i tańsze tu hotele), że zostajemy tu jeszcze dwa dni. Dziś śpimy w klasycznym, arcyamerykańskim resorcie – apartamentach pod dłuższy wynajem. Nasze mieszkanie ma ze 100 metrów i było najtańszym noclegiem jak do tej pory (chociaż 180 dolarów za noc to nawet nie stoi po tej samej stronie ulicy co rozsądne ceny). Amerykanom nie przeszkadza specjalnie mieszkać przy dwupasmówce i nie stosuje się tu żadnych ekranów chroniących przed hałasem. Ale samochody jeżdżą wolniej, więc jest trochę ciszej. Przy większych ulicach nie ma chodników.

Restauracje

Ogólnie jedzenie w USA jest całkiem spoko, ale jak wszystko – drogie (15-20). Ja ogólnie trzymam się twierdzenia, że sałatka cezar, to najlepsze co kuchnia amerykanska dała światu. Za to fast foody są tańsze niż w Polsce, ale nawet jeśli chodzicie do nich w u nas, to tutaj byście się wahali, bo jedzenie wygląda dużo gorzej. A Amerykańskie napoje w knajpach – herbata na zimno z dolewkami to bym i u nas wprowadził (a nie soczki po 200 ml za 8 zł).

Właściwie to nie wiem, o czym pisać – o swoich średnio ciekawych przygodach czy o jeszcze mniej ciekawych obserwacjach. Ameryka to kraj najbardziej eksportujący swoją kulturę (choć raczej innych stanów niż Floryda), więc każdy coś tam o tutejszym stylu bycia słyszał. Myślę, że żadną nowością nie będzie, gdy napiszę, że wyrzucają bardzo dużo śmieci bo rzeczy są często jednorazowe albo oddzielenie pakowane. Albo jak napiszę, że kochają samochody i bez niego nic tutaj nie załatwisz (ale w Polsce też próbujemy do tego dążyć) lub też że zwyczajem jest pić do śniadania sok pomarańczowy. Napiszę więc o kilku rzeczach, które mnie tu najbardziej zaskoczyły:

  • Floryda to popularne miejsce na wakacje z rodziną (tu ludzie mają zwykle więcej dzieci niż w Polsce), a nie dom starców.
  • Jest drożej niż w Skandynawii, Japonii lub Londynie
  • Infrastruktura jest niesamowita. Napiszę tylko o gastronomii, ale np. z warsztatami samochodowymi jest podobnie. Wszędzie(!) robią kanapki, sałatki, sałatki owocowe czy półprodukty, a herbatę i kawę kupuje się w butelkach i nikt chyba nie gotuje. Na każdej stacji jest SubWay, a zamiast chodzić do supermarketu po zakupy, zamawia się tam od razu kanapkę.

I-75

Przed południem załatwiamy resztę zakupów (a raczej zwroty i wymiany), a resztę dnia spędzamy w drodze. Irek zadecydował, że na zachodnim wybrzeżu Florydy jest za nudno, a w Miami wcale nie jest drożej mieszkać. Jedziemy drogą międzystanową I-75 i, mimo dumnej nazwy, ma zwykle tylko dwa pasy. Jak to zwykle jazda drogą szybkiego ruchu – nic konkretnego nie widać, same krzaki. Pada deszcz. Po drodze widzimy kilka wypadków i rozkroczonych samochodów, więc ci amerykanie tak dobrze chyba nie jeżdżą. Ciekawe są tutejsze indiańskie kasyna – by odpłacić za stare grzechy Amerykanie pozwolili wyłącznie Indianom czerpać zyski z hazardu. Wjazd do Miami przez ilość rozjazdów, dziwnych oznaczeń i ruch zadziwiający na tak małe miasto, był tak skomplikowany, że nie wiem, jak to się stało, że się nie zgubiliśmy. W mieście widzimy małe i biedne domy na przedmieściach i zadziwiająco skromne cmentarze – płyty leżące poziomo w ziemi. Miami brzmi całkiem światowo, ale poza kilkoma kwartałami to biedne i brzydkie miasto.


Leave a comment