Everglades


US1

Dziś rano wracamy na kontynent i w sumie cały dzień zajmuje nam droga, więc próbujemy zrozumieć zasady tutejszego ruchu na drodze. Amerykanie raczej nie stosują kierunkowskazów (w sumie ich samochody nawet ich nie mają – migają stopem) i bardzo chętnie zajeżdżają drogę zmieniając pas. Śmieszymy jest jeszcze pas dla skręcających w lewo na US1 – to ten sam pas dla obu kierunków. Polacy chyba by nie umieli do czegoś takiego dostosować – zresztą miejscowym też nie bardzo to wychodzi, bo po drodze widzieliśmy kilka stłuczek. Po drodze widzimy amerykańskie „karawany” urlopowe – jedzie mieszkalny autobus (tzw. mobilny dom), za nim na stałym holu samochód (bo autobus jest za duży do jeżdżenia po okolicy), a za nim rowery.

Kościoły

Dziś Wielki Piątek i, poza dwoma skromnymi pielgrzymkami, świat tutaj nie widać. Ale za to niosą ciężkie krzyże. Trochę inaczej wygląda tutaj te religijność – kościoły są malutkie i wyglądają na prywatną inicjatywę bardziej przedsiębiorczych kaznodziejów. Kościoły wyglądają więc prawie jak domy i są nie raz jeden przy drugim, bo każdy służy trochę innemu odłamowi.

Homestead

Droga nie jest zbyt ciekawa. Północna cześć Key West jest trochę bardziej zielona i dzika, a później jedziemy drogą przez kilkadziesiąt kilometrów bez żadnego zakrętu czy skrzyżowania. Wokół są tylko zagrodzone zarośla i ostrzeżenia przez krokodylami. By dojechać do Everglades musimy i tak z powrotem przejechać przez przedmieścia Miami. Miasteczko Honestead składa się głównie z pól uprawnych i sklepów ogrodniczych, i panuje w nim wyjątkowo duży ruch. Na stacji jemy kanapki z frytkami o smaku ryby.

Szlak Tanami

W końcu wjeżdżajmy na drogę prowadzącą na zachód. Tym razem nie ma już farm, tylko stepy i kanał żeglowny. Droga Tanami prowadzi przez ostatnie dzikie tereny Florydy. Przejeżdżamy przez rezerwat Indian Mikosuki – otoczone palisadą przydrożne wioski. Nic do oglądania przez turystów, poza centrum handlowym z pamiątkami i show z krokodylami. Indiane Mikosuki czerpią zyski z ogromnego kasyna na przedmieściu Miami. Jedziemy wzdłuż bagien i charakterystycznych drzew porośniętych kępami trawy, a w kanale podchodzi pod poziom asfaltu.

Everglades City

To bardzo małe miasteczko po drugiej stronie parku nardoowego, w którym chyba wszystkie interesy należą do jednego przedsiębiorcy. Robimy jeszcze krótką wycieczkę na wyspę Chocoloskee, która jest zabudowana osiedlem przyczep kempingowych. Nie wiemy tylko, czy ludzie mieszkają tu na stałe, czy spędzają tylko urlop. Oglądamy też najstarszy dom we wsi, w którym kiedyś mieścił się punkt handlowy Indian i zastnawiamy się, czy to największe zadupie w Ameryce

Jajka po indiańsku

O poranku w Everglades witają nas mgła, komary i pickupy. Jak wszyscy, jemy śniadanie (jajka, boczek, ziemniaki, kawa) w restauracji będącej centrum życia tego miasteczka. Przy stoliku naprzeciwko takie same jajka jedzą Indianie – faceci noszą spodnie z frendzlami, a kobiety lekko ludowe sukienki. Nawet miejscowym nie chce się robić śniadania i przychodzą do tej jedynej w mieście knajpy. W Everglades nie ma zasięgu telefonicznego, a w sklepie spożywczym sprzedają amunicję.

Everglades

Na ten koniec świata przyjechaliśmy, żeby obejrzeć namorzynowe mokradła Everglades. Płyniemy na godzinną wycieczkę tzw. Airboat – wyjątkowo płaskodenną łodzią z napędem śmigłowym (jak poduszkowiec), bo tu jest tak płytko, że śruba silnika zawadzałaby od dno, roślinność lub korzenie. Tunele z namorzynów są super, a kapitan prawie nie zmoczył mojej torby foto (chyba chciał się popisać przed jakimiś dziewczynami, bo kilka razy przez naszą łódź przeszła fala), więc w sumie było bardzo fajnie. Widzimy delfiny, aligatora (jakieś dwa metry od nas) i indiańskie wyspy z muszli.


Leave a comment