Duval Street


Key West

Po drodze widzimy jeszcze bazę amerykańskiego lotnictwa morskiego i kilka namorzynowych gajów wyrastających z plytkiego dna. Dojeżdżamy do końca drogi i Key West – najbardziej wysuniętego na poludnie miasta USA (prócz Hawajów). Dalej (90 mil) już tylko Kuba, choć dla Amerykanów, z powodów politycznych, zupełnie niedostępna. To największe i właściwie jedyne miasto (25 tys. mieszkańców) na archipelagu. Składa się w dużej mierze z ładniejszych i brzydszych hoteli. Ale żeby nie było jasne – to nie są tanie rzeczy. My mieszkamy stanowczo w tym brzydszym, a i tak płacimy nieprzyzwoite pieniądze. Mieszkamy w typowym amerykańskim motelu dla zmotoryzowanych, czyli galeriowcu z korytarzem na zewnątrz z oknem tylko na parking. Samochód stoi pod drzwiami i w ogóle centralną częścią tego budynkum (jak i wielu na Florydzie) jest parking.

Jeśli chodzi o jedzenie, to najmodniejsze na Florydzie i w ogólnie nadmorskiej części USA są owoce morza. Mieszkańcy Key West sami są przezywani conchami (ślimakami morskimi), bo sami lubili je jeść. Trudno powiedzieć, czy jedzenie jest bardzo dobre, bo Amerykanie do gastronomi mają takie podejście, jak do życia – ze wszystkiego się cieszą. Nie są specjalnie wymagający, do restauracji stoją w kolejce i nie oszczędzają, więc rozpieszczają restauratorów. Mi się nie udaje dogadać z Irkiem, więc się decyduję na kultową kanapkę z homarem (18!).

Key West jest też miejscem popularnym wśród homoseksualistów i faktycznie, widzimy kilka gejowskich barów. Jedno co ciekawe, że tutaj wieszanie tęczowej flagi nie jest dla nikogo problemem. Na Duval Street panuje kilmat kurortu – ale tutaj zamiast loda dzieci piją kokosa lub ananasa, a rodzice zamiast piwa piją mohito, a wszyscy się zagadują i przybijają piątki z nieznajomymi. Niesamowite jak bardzo między tymi obcymk ludźmi nie ma dystansu i ludzie mówią sobie „hej, ale masz fajnego psa”, „fajna koszulka, przybij piątkę” albo „excuse me, baby”. Po ulicy jeżdżą w większości kabriolety lub mustangi (amerykański samochód sportowy trochę stylizowany na retro) z wypożyczalni. Jest 20-25 stopni.

Nocleg jak nocleg, ale na pewno jest świetnie położony – mieszkamy na tzw. Starym Mieście obok promenady Duval Street. Jest tu wiele charakterystycznych dla południa USA dużych, piętrowych, drewnianych domów i pięknymi balkonami i werandami. Trzeba jednak wiedzieć, że jedne z niewielu zabytków w USA muszą swoje kosztować i w ogóle Key West (szczególnie południowe) jest raczej dla wyższej klasy Podobne domy w tej okolicy (nowe a drewniane) kosztowały ok. 1,5 mln dolarów. Przy Duval jest pełno małych, starych i eleganckich hoteli, restauracji (ryba mahu mahu od 27 dol), barów, sklepów z pamiątkami i ubraniem plażowym (ubrania są tu zaskakująco tanie). To nie jest jak Indochiny, że trudno tam dolecieć, a na miejscu jest już tanio. Tu wszystko kosztuje. Miejscami zaczyna to przypominać takie pijackie Krupówki, a miejscami jest bardo ładnie. Podobnie jak przy drodze wybetonowane wyspy ze sklepem z sandałami i znajdowały się kilka kilometrów od całkowicie pustych i zarośniętych palami wyspami z chodzącymi wszędzie jeleniami. Właśnie dlatego trudno ocenić mi jednoznacznie wyspy Key


Leave a comment