Florida Keys


Okazało się, że Irek przyleciał wczoraj jeszcze później niż ja i jeszcze bardziej zmęczony. Kolejny dzień zaczynamy od odebrania wynajętego samochodu, co okazuje się z zasięgu krótkiego spaceru. Wynajęcie samochodu to tutaj jakaś groszowa sprawa (od 20 za dzień) i wszyscy tak robią.
 

Coral Gables

Sporo nazw w Miami ma coś związanego z kokosami, delfinami, wakacjami itd., ale jak się jedzie przez takie miasto, to sprawia ono prowincjonalne wrażenie. Dzielnice uważane za luksusowe są – według naszych warunków – po prostu dobre. Ale te małe, zapuszczone, drewniane domy robią kiepskie wrażenie. Dobre wrażenie sprawia tylko, że nikt tu nie stawia płotów. Wyruszamy na południe starą drogą US 1 „Dixie Highway”, olewając płatną autostradę

 

Dixie Highway

Wzdłuż drogi ciągną się przez dziesiątki kilometrów przedmieścia – to miasto nie jest wielkie (400 tys mieszkańców), ale bardzo luźno zabudowane. Na drogach jest chyba jeszcze więcej znaków niż na polskich drogach (czyli dużo za dużo), a sporo z nich to taki Wujek Dobra Rada – np. włączaj kierunkowskazy przed skrętem. Samochody są wielkie (co drugi to pick-up) i, choć trzymają się ogranicznia prędkości, to nie brakuje tu buraków na drodze. Irek uważa chyba, że policja najpierw strzela, a potem pyta, bo nie zamierza przekroczyć prędkości nawet o milę. Po drodze mijamy sklepy, warsztaty samochodowe, przychodnie – wszystko w jednym, charakterystycznym i kiczowatym stylu z wszechobecnymi parkingami. Radio gra po hiszpańsku lub angielsku. Widzimy nawet Starbucksa (kawiarnie dla zmotoryzowanych), gdzie ludzie przyjechali samochodem poalienować się w tlumie – ktoś na przykład przyjechał z domu do kawiarni, by tam oglądać na swoim drogim komputerze Apple w wielkich bajeranckich słuchawkach serialne.

 

Homestead

Taka niezorganizowana zabudowa ciągnie się do Homestead i Florida City, dalej nie będzie już żadnych większych miast. Wydaje się, że w Honestead największą atrakcją są supermarkety, więc my też robimy ostatnie zakupy.

Florida Key

Za Florida City są już tylko jakieś chaszcze, droga jest prosta jak strzała, a potem mostem (myto 1 USD) wjeżdżamy na archipelag wysp połączonych mostem. W pewnym sensie można o nim myśleć jak o takim bagnistym 120-milowym Półwyspem Helskim. Jedziemy groblą, a w okół nas ciągnie się… krzaczasty las wyrastający ze słonej, płytkiej wody. To właśnie te słynne i występujące chyba tylko tutaj lasy namorzynowe.

 

Pennekamp Park

Chciałoby się na chwilę gdzieś zatrzymać i w taki las wejść, ale zatrzymać się nie da, bo jedziemy wąską drogą wykarczowaną w tych zaroślach, a poza tym las jest tak gęsty, że bez maczety tam po prostu nie wejdziesz (coś jak przebijać się przez sękaty żywopłot). Jedynym wyjściem jest zatrzymać się w jakimś zorganizowanym miejscu – my trafiamy na ponoć najlepszy Pennekamp coś tam coś tam Coral State Park. Za dość uczciwą (4,5/os) cenę możemy zanurzyć nogi w wodzie, obejrzeć akwarium i przejść się ścieżką przyrodniczą. Główną atrakcją parku są łodzie z płaskim dnem, ale Irek przecież nurkował na rafie, a mnie to specjalnie nie ciągnie. Las jest ciekawszy i znacznie tańszy. Przed wejściem na ścieżkę (jak na wycieczce szkolnej) ostrzegają nas przed trującymi jagodami. Namorzyny są na ciekawe, że są gęste jak dżungla, ale nie ma tam wysokiej wilgotności (przynajmniej o tej porze roku). Cała ziemia jest pokryta kawałkami korali (wyglądają jak kawałki betonu). Później się dowiem, że koralowce wykorzystuje się tu zamiast betonu lub kamieni, a widać je nawet w piasku.

Islamorada

Śpimy na wyspie na początku archipelagu. Cały archipelag Key to wyschniętą rafa koralowa, jego najwyższy punkt ma 5 metrów (co jest dużym problemem w przypadku częstych huraganów), a głębokość morza też opada bardzo powoli. Dno jest porośnięte morską trawą. Nie wiem, czy ktoś tu mieszka na stałe, w Islamoradzie jest dużo hoteli, ale po drodze widzieliśmy głównie dacze. Ponoć wędkowali tu prezydenci Ameryki i inni celebryci. Ciągle trafiamy też na specyficzną, lokalną martyrologię kolonizatorów Florida Keys, którzy zginęli w huraganie w 1935 r. Wtedy też rozwaliło poprowadzoną aż do Key West kolej. Nie słyszałem za to nic o pamięci miejscowych Indian, których ci kolonizatorzy zmasakrowali. Obiad (50) jemy w kultowej dla wędkarzy knajpie Fish Company – grillowana ryba (pyszna!), krewetki aka KFC (mniej pyszne) i krem z tutejszych limonek Key Lime Pie. Można tu też zjeść kotlet z aligatora i delfina(!).

Florida Keys

Dziś przejechaliśmy cały archipelag Keys (każda z wysp też nazywa się cos tam key, co jest dla mnie lingwistyczną zagadką) aż do miasteczka Key West. Wyspy są tak małe, że właściwie nie ma na nich własnych dróg, a większość nieruchomości stoi przy drodze krajowej. Na wyspach mieszka 75 tys. Ludzi, ale zastanawianie się z czego żyją nie ma sensu – to w dużej mierze emeryci. Wyspy są całkowicie płaskie (najwyższy punkt ma 5 m), ale również i morze nie jest głębokie – występują tu charakterystyczne osuchy, więc nieraz można wejść w wodę 100 m i jeszcze nie zamoczyć portek. Niestety większość wysp nie sprawia dobrego wrażenia – są zabudowane dokładnie w całości i nawet typowo amerykańska propaganda sukcesu, jak to oni nie dbają o środowisko nie zmienia tego, że to środowisko jest w wielu miejscach strasznie zniszczone. A zabudowa też nie zawsze jest piękna – np. już od początku archipelagu co 10 mil bombarują nas ogromne reklamy outletu sandałów. Są naprawdę wielkie, kolorowe i paskudne (reklamy, choć całkiem możliwe, że sandały też). Ale są też ładne, stare, drewniane domy z ogromnymi werandami lub historyzujące, pastelowe ośrodki zbudowane na palach. Trudno ocenić to miejsce jednoznacznie.

US1

Zanim powstała tu droga krajowa 1, to (w latach 1912-1935) była tu linia kolejowa. Ja się pytam, kto i po co budował tu ogromnym kosztem po wielokilometrowych mostach linię kolejową do właściwie niczego? Bo wtedy nie było tu żadnego miasta (zresztą ono i tak jest za małe, żeby kolejka mogła się opłacać). Dla mnie jest to zagadka, ale Irek tłumaczy to lobbystycznymi konszachtami wielkich korporacji z rządem federalnym. Kolej zniszczył huragan w 1935 r. i zbudowano już mosty drogowe. Na Key West jedziemy przez wiele mostów – najkrótszy ma 48 metrów długości, a najdłuższy – 7 mil. Z każdym razem towarzyszy nam stary most kolejowy, który teraz służy jako stanowisko do wędkowania (z brzegu jest za płytko w końcu) – a wędkują tu wszyscy. Po drodze widzimy hotele, małe i slumsowate dacze, kempingi przeogromnych mobilnych domów (samochodów kempingowych wielkości autobusu), restauracje, porty jachtowe, sklepy z pamiątkami i reklamy outletu sandałów. A jeśli chodzi o roślinność to krzaki, krzaki w wodzie i palmy kokosowe (takie ładne jak z pocztówki).

 

Obiad z jelonkiem

Niektóre wyspy jednak są na tyle duże, że można oddalić się na kilka kilometrów od drogi krajowej. My wybieramy Big Pine Key, robimy zakupy na obiad, planujemy dojechać w jakieś krzaki i na końcu drogi, nad wodą zrobić sobie piknik. Na Big Pine Key i okolicznych wyspach (przechodzą mostami) żyją karłowate jelenie wirginijskie, które właśnie próbują zjeść nam nasz posiłek. Jeleni nie można w żadnym przypadku karmić, bi za bardzo się przyzwyczajają do ludzi i regularnie giną pod kołami tutejszych czołgów bez lufy :(


Leave a comment