Przyroda w Miami


Jak bardzo nic tu nie ma 

Vizcaya
Trudno mi teraz powiedzieć, co właściwie chciałem tutaj obejrzeć, bo najbardziej mnie zauroczyła w tym mieście przyroda. To już są jakieś peryferia Miami, więc można obejrzeć niesamowitą dżunglę. Umownym celem była willa Vizcaya, położona w dzikim, karaibskim ogrodzie. Willę zamknęli mi przed nosem, więc nie musiałem czy chcę na wejście wydawać 16 dolarów (obniżka z 18, bo willa… jest w remoncie). Ale połaziłem sobie po otwartej części ogrodu, bo ja takiej przyrody nigdy nie widziałem. Jedyne rośliny, które udało mi się zidentyfikować, to banany. Palmy kokosowe przypominają betonowe latarnie, ale najfajniejsze było to coś z korzeniami rozlewającymi się jak macki.

Wracam na lotnisko Metro Railem, czyli już normalnym U-Bahnen jeżdżącym ponad ulicami. Z tej wysokiej trasy i stacji jest też najlepszy widok na białe wieżowce Miami. Czas odebrać Irka z lotniska. Właściwie wszystkie atrakcje turystyczne ogarnąłem w jeden dzień i naprawdę nie wiem, jak mogło o tym mieście powstać 140 stron w przewodniku. W hotelu tak duszno, że aż zaparowało okno. Ale otworzyć go się nie da. Gdzie logika?

Leave a comment