Miami Beach


WAW

Moją wizę sprawdzali już w Warszawie, mimo że lecę przez Londyn i nawet jeszcze nie mam biletu do USA do pokazania. W czasie lotu nad chmurami widzę widmo Brokilonu Brockenu samolotu. Z góry Anglia wydaje się jakaś ładniejsza niż Polska,bloków ale może to też dlatego, że tu jest już zielono. No i nie ma , tylko podobne do siebie domy w kolorach ziemi.

 

LHR

Heatrow to jedno z większych lotnisk na świecie, ale nie to nie wygląda tak, że wita mnie tu wieżowiec i tłumy ludzi. Być może ze względu na to, że samoloty zajmują po prostu dużo miejsca, jest tu po prostu pięć terminali, czyli pięć takich Okęć obok siebie. Wielka Brytania chyba też jest w budowie, bo po lotnisku jedziemy jakimiś strasznie dziwnymi skrótami. Tak więc niczym specjalnie się tu nie różni, poza może tym że stoją poidełka z wodą i dozowniki z kremem do rąk (i oczywiście alkoholem do dezynfekcji) – jak w Warszawie mi się twarz zrobiła czerwona, to musiałem wyprosić skorzystanie z kremu w drogerii. No tylko ludzie burakowaci (Brytyjczcy cebulakami świata) – nawet na Ukrainie nie widziałem takiej chamówy w kolejce. Okazało się, że w tę stronę do Ameryki lecę American Airlines (a wracam British), ale to tylko dobrze, bo linie lotnicze to trochę wizytówka danego kraju (np. LOT daje kanapki z krakowską suchą i kiszonym ogórkiem, a stewardessy ANA noszą kimono i częstują wszystkich zieloną herbatą). Aha, okazało się też, że przez zmianę czasu mam wiecej czasu na przesiadkę w Londynie (a co by się stało, gdybym miał godzinę mniej…). W ogóle podobno na Heatrow dziś dużo zamieszania i masa opóźnień.

 

Peniam się Biura Imigracyjnego

Znienacka w kolejce po bilet zagaduje mnie któryś z kolejnych oficerów imigracyjnych, których zadaniem jest nie wpuścić do USA ludzi, którzy mogli by tam podjąć pracę. Nagadałem coś o planach wakacyjnych, zostawionej w Polsce żonie i urodzinach ojca i dostałem nalepkę. Pierwszy test przeszedłem pozytywnie, ale to i tak jest horror z izolacjonizmem tego kraju – na lotnisku w Miami również mogą mi odmówić wjazdu (a może jednak już jestem bezpieczny, jeśli pracownica amerykańskich linii lotniczych dała mi naklejkę?). Przy okienku dalsze pytania – co będę robił w stanach i gdzie będę tam mieszkał. Lot opóźniony godzinę.

 

Siedzę i czekam. I nie tylko ja

Sam Terminal 3 wygląda jak centrum handlowe. Ceny kanapek i kawy są znośne – szczególnie jak na lotnisko, bo jest taniej niż na Okęciu. I kawa lepsza. Gdzie jest Internet – tam jest też kontakt z domem, ale w sumie to śmieszne, że będąc w Londynie mogę sobie z Agnieszką przesyłać zdjęcia śniadania. Ludzie w oczekiwaniu na samolot piją szampana i jedzą ostrygi. A ja czekam, aż powiedzą coś więcej o moim opóźnionym locie.

Siedzimy, tym razem już przy samym wejściu, a opóźnienie sięga już godziny. Nawet pozytywni Amerykanie, cisnąć się w stanowczo za małej poczekalni, marudzą. No ale mi to w sumie lotto. Lot do stanów będzie długi – 10 godzin to prawie tyle co do Japonii! Na wschodnim wybrzeżu USA jest 5 godzin wcześniej niż w Polsce.

 

MIA

Po 24 godzinach podróży w końcu dotarłem do Miami. Immigration Office okazuje się całkiem przyjazny, chociaż kolejka jest długa i jest bardzo dużo kategorii odprawy (cześć się odprawia sama przy kioskach). Po godzinie czekania, wypełnieniu deklaracji, że nie miałem kontaktu ostatnio z żadnym żywym inwentarzem, zostawieniu kilku odcisków palców i wita mnie Ameryka. Jest gorąco i parno, na lotnisku nikt nic nie wie, a na drodze jest niezły bałagan. Fajnie, nie tego się spodziewałem. Jakaś blond paniusia siedzi i białym SUVie i mizia yorka. Okazuje się, że do hotelu jeżdżą busiki (jak się spodziewałem), ale nikt nie wie, skąd dokładnie czy na pewno tu i kiedy będzie. Swojsko. Niby markowy hotel Sheraton, a w pokoju śmierdzi wilgocią, a okna się nie otwierają. Wiatrak i klimatyzacja utrzymują zimniejszą temperaturę. Na razie odpoczywam.


Na śniadanie schodzę pierwszy, jak pewnie wszyscy przybysze z Europy. Wita mnie klasyka kuchni amerykańskiej czyli „ziemniaki śniadaniowe” pieczone z cebulką i wysmażony na wiór boczek (w sumie całkiem niezłe, ale nie na co dzień), kawa parzona, puchate naleśniki z syropem, i owoce (tu są truskawki cały rok, ale dzisiejsze są bez smaku). Na stołówce słychać niemiecki i polski.

Tri-Rial, Metrorail i Metrobus
Gdy wychodzę na miasto jest jeszcze ciemno, ale przecież niemożliwe, żeby o 7 rano nie działało metro. Jest dużo zimniej (18*) niż wczoraj (28*), więc niektórzy chodzą nawet w kurtkach. Niby metro jest po drugiej stronie ulicy, ale próba znalezienia samemu przejścia kończy się porażką. Terninal kolejki podmiejskiej jest wielki, ażurowy i biały. Ale podobno całkiem sprawna komunikacja miejska nie potrafi przekonać mieszkańców do porzucenia samochodu. Ponieważ zupełnie nie wiem, gdzie co jedzie, obieram za cel wschód słońca z widokiem na ocean w Miamo Beach (choć dziś wschodu słońca raczej nie będzie, bo jest pochmurno). Po drodze mija mnie biegaczka w czołówce. Bardzo tu przestronnie (takie klimaty promenad i pasaży), wokół rosną strzeliste palmy kokosowe i słychać śpiew egzotycznych ptaków.

Znalazłem dobrą stację
Generalnie wszyscy mówią tu po angielsku i hiszpańsku, i wszystkie napisy są w dwóch językach. Na stacji widzę, jak bezdomny ładuje iPhone’a. Bardzo pomocny strażnik (tu generalnie ludzie są sympatyczni) poradził mi udać się do Miami Beach autobusem (mimo że tu nade mną są ze trzy różne linie kolejki) i pomógł kupić bilet, co też było fajne, bo nie zgadbym, że tu w biletomacie podaje się kod pocztowy zamiast PIN-u karty (5 USD bilet dzienny). W autobusie odkrywam, że ta linia to bezpośrednie połączenie między lotniskiem, a hotelami na wyspie Miami Beach, choć co najmniej połowa pasażerów (ci bez bagazy oczywiście, którzy siadają z tyłu autobusu) mówi po hiszpańsku. Nikomu nie chciało się tu ponazywać ulic, które mają tylko numery, więc przystanku szukam za pomocą nawigacji (przystanki na żądanie za pomocą sznurka). Po drodze mijam białe wieżowce, pastelowe bloki hoteli i pseudowłoskie wille.

Ładny kolor woda zawdzięcza Golfsztormowi, dzięki któremu w morzu nie rozwija się plankton.


Ocean Road
W Miami Beach działa Veturilo, ale ceny (6 za godzinę) zniechęcają). Dużo osób tu biega lub jeździ na rolkach (w ogóle to są zadbani ludzie) i zawsze robią to z iPhonem w ręku. Na plaży i w parku widziałem bardzo wielu śpiących bezdomnych i niepełnosprawnych. Wzdłuż Ocean Road stoją małe(!) pastelowe hotele w stylu artdeco, ale mi ta architektura za bardzo kojarzy się z pastelozą polskich blokowisk, by się podobać. PS z tymi parkami to mają łeb.

Miami Bitch

Miami Beach wygląda trochę dziwnie – jak miks kurortu i karaibskiego miasteczka. Pełne palm, promenad, kawiarni i lekkiego wrażenia, że najlepsze czasy to już tu minęły. Idę wprost na plażę przez Lumnus Park (tu nad brzegiem są takie ogólnodostępne skery, a nie hotele jak w Dubaju) na szeroką piaszczystą plażę z budkami ratowników w stylu artdeco. Wschodu słońca był co prawda godzinę temu, ale i tak jestem pozytywnie zaskoczony, że udało mi się tak sprawnie tu dotrzeć (a nie byłem pewien, czy uda się w ogóle, ponieważ serwisy turystyczne traktują transport publiczny jak jakieś tabu). Na razie witają mnie tylko joggerzy i spacerowicze z psami, ale wieczorami pewnie są tu niezłe imprezy. Ktoś za pomocą wykrywacza metali szuka w piasku pierścionków.

Zamknięte lokale, obskurne latynoskie knajpy z pizzą i czarnoskórzy bezdomni robią nieprzyjemne wrażenie. Ogólnie jest drogo i chamsko (napisy na drzwiach typu „zamów min. za X dolarów, żeby skorzystać z toalety), a poza okolicą tego nadbrzeżnego parku nie ma za bardzo co oglądać. Genralnie sprawia to nieco peryferyjne wrażenie. Ciekawe są za to ogromne samochody (nie dość, że co drugi to jakiś przedłużany Hummer to są jeszcze wyjątkowo wysoko zawieszone – nieraz w ogóle nie mogę dojrzeć kierowcy). Wszelkie smieciarki i dostawczaki też są ogromne, a wszystkie TIRy mają klasyczny kształt amerykańskiej ciężarówki. Ludzie są bardzo uprzejmi i pomocni, i do tego zwykle rozumieją mój angielski. Np. Czarnoskórzy kierowcy autobusów rozmawiają przez okno na światłach używając wielu „yo, bro”. Jest klimat.

Lincoln Road Mall
Mieszkamy dziś na Miami Beach, gdzie fakt, że mamy samochód, staje się problemem. Irek nie decyduje się na oddanie go wcześniej i za parking płacimy 20 dol. dziennie. Okazuje się, że mieszkamy w samym centrum, wśród restauracji, barów i sklepów. Najładniejsze są w tym mieście małe hotele w stylu artdeco, wieczorem podświetlone kolorowymi neonami, które nadają im charakteru retro. Niedaleko znajduje się m.in. Lincoln Road Mall – ulica drogich restauracji i taniego lansu. Jednak po zmroku jej charakter z rodzinnego zmienia się na imprezowy i lekko szemrany. Wita się z nami drag queen (facet przebrany za kobietę), pojawiają się czarnoskórzy dilerzy i brzydkie prostytutki. Ale między nimi chodzą kobiety z dziećmi i rodziny. Ale gdy dochodzimy do końca Lincoln Road Mall wita nas zupełnie inny świat pustych ulic i siedzących pod murami podejrzanych ludzi. Gdy ktoś krzyczy na nas z samochodu, jak najszybciej wracamy w stronę sklepów. Straszne jest takie miasto z gettami, gdzie na jednej ulicy krzyczy lans i bez gołego brzucha oraz szortów tak krótkich, że trzeba do nich depilować bikini wstyd się pokazać, a niecałe sto metrów „witaj w krainie, w której obcy ginie”. Tak się nie robi miast. W złym humorze wracam do hotelu. Miami – największe kłamstwo.

Leave a comment