Maskat – Muttrah


dubaj8-2

dubaj8-3

dubaj8-4

dubaj8-5

Maskat
Pół dnia spędzamy jeszcze dziś w Maskacie, więc rano znów wybieramy się na spacer po Muttrah. Na tutejszym suki bardzo miło wydaje nam się pieniądze i kupujemy m.in. Kilka metrów fantazyjnie kolorowego jedwabiu dla Agnieszki od Hindusa, a także naprawiany u szewca moją torbę fotograficzną, którą jakimś prawem pechowej serii też się psuje (dochodzą mnie informacje, że teraz to się popsuł dziennik…). Do szewca skierował mnie krawiec, który co prawda nie potrafił tego zszyć, ale był bardzo uprzejmy i pomoc, jak wszyscy, których do tej pory tu spotkaliśmy. Za naprawę torby płacę 1 rial, na pewno wystarcza z nawiązką.

dubaj8-6

dubaj8-7

dubaj8-8

dubaj8-9

dubaj8-10

Dobre wrażenie
Agnieszce Oman się tak spodobał, że już szuka bezpośrednich lotów dla całej rodziny. I w sumie to nic dziwnego: jest tu tanio, a ceny są zawsze napisane, wszyscy mówią po angielsku, a ludzie są mili i uczciwi (przynajmniej muzułmańscy Omańczycy). No jeśli to można powiedzieć na taksówkarzach i handlarzach na targu, to na pewno wszyscy są tu mili. Po prostu kraj miłych i dumnych z swojego malutkiego państwa ludzi.

dubaj8-11

dubaj8-12

dubaj8-13

dubaj8-14

dubaj8-15

dubaj8-16

dubaj8-17

dubaj8-18

dubaj8-19

dubaj8-20

dubaj8-21

Muttrah

Po wyjściu z targu nie wracamy szukać transportu, by obejrzeć wątpliwej urody pałac sułtana lub jeden z wszechobecnych tu poportugalskich fortów (taksówki mają stałą, wysoką cenę 100zł za godzinę, a marszrutek nie znajdujemy). Wchodzimy więc głębiej w dzielnicę Muttrah (można uznać, że to jakby jedna z osad tworzących Oman połączonych drogami przełęcze), gdzie nie bywa nawet tych trzech turystów rocznie, którzy odwiedzają Oman (poważnie, większość ludzi z naszego statku widzimy w pierwszych nadmorskich restauracjach, mimo że na statku posiłek jest co godzinę!). Mijani na ulicach ludzie są uśmiechnięci i absolutnie nie mają nic przeciw fotografowaniu, a poziom bycia „poza utartym szlakiem” sięga maksimum. Poziom zadupia zbliża się do poziomu pakistańskiego, ale widać, że jest tu absolutnie bezpiecznie (nie ma tu raczej takiej przestępczości jak w Europie, czyli kradzieże i napady – przynajmniej ze strony miejscowych – sposobem na nieuczciwy zarobek jest np. podanie turysty o wiele wyższej ceny) i sympatycznie. Jest też w miarę czysto i wszystkie domy są białe.

W miejscowej cukierni jemy coś dziwnego i zielonego (0:100), ale smakuje po prostu jak krówka.

dubaj8-22

dubaj8-23

dubaj8-24

dubaj8-25

dubaj8-26

dubaj8-1

Port w Maskacie
Gdy patrzy się na nasze statki w porcie, to wydaje się, że z turystami populacja Omanu się podwoiła, bo nad morzem stoi tu niewiele domów (białe, piętrowe kamienice). Ale to tylko wrażenie: miasto zamieszkuje pewnie kilkaset tysięcy ludzi, tylko nowe osiedla buduje się wgłębi lądu (inaczej nie pozwalają góry). Port w Maskacie też jest brzydki, pusty i przemysłowy (obok nas przypłynął tankowiec, a pod naszym statkiem stoją suwnice do kontenerów, gdzieś dalej koszary) i – ku mojemu zdziwieniu – w ogóle nie przypomina mazurskich portów jachtowych. Gdy wypływamy z Maskatu widzimy piękny widok na zatoki wśród gór Hadżar, a w jednej z nich wypatrujemy pałac sułtana Omanu (pałac Al-Alam, biały jak wszystko w Omanie). Wracamy na Zatokę Perską, a Maskat był najdalszym punktem rejsu. Nasz statek szybko odpływa na pełne morze i już wiele nie widać. Gdy w nocy wychodzimy na pokład nie widać zupełnie nic, ani po irańskiej, ani omańskiej stronie. Jutro Khasab – to też Oman, ale nie do końca.

Rejs
Spędzanie czasu na statku przypomina trochę kurort, ale niektóre rzeczy są chyba dość charakterystyczne. Generalnie można tu leżeć na leżaku, ale trudno je dorwać, popływać w basenie lub pić barze. Ale niektóre elementy przypominają trochę film rejs: są kaowcy (z angielskiego: animatorzy), którym nigdy nie udaje się rozruszać publiczności, kluby bingo i brydżowe czy turnieje w ping-ponga. A także slapstickowe przedstawienia w teatrze, na które trzeba ubrać się galowo czy konferansjer, który mówi i pięciu językach na raz. Chociaż mnie i tak najbardziej dziwi walka o jedzenie przy szwedzkim stole, bo ono przecież nigdy się nie kończy. Gdy obsługa widzi Cię na korytarzu, zawsze się szczerzy, wita Cię jak w amerykańskich filmach zwrotem sir/madam i natychmiast porzuca swoje zajęcie i przykleja się do ściany, by zrobić więcej miejsca. Tajskie pokojówki sprzątają pokoje dwa razy dziennie a chińscy kelnerzy są tak uprzejmi, że naprawdę głupio się do nich nie uśmiechać.

Jeśli chodzi o pasażerów, to są to głównie seniorzy z krajów Europy Zachodniej – w końcu jest styczeń (to chyba dla nich się mówi w wielu językach, bo nie znają angielskiego), ale w tak dużej grupie ludzi znajdą się prawie wszyscy. Pewnego kolorytu dodają Hindusi i grupa arabskich kobiet pytająca, czy gotowane jajka zawierają wieprzowinę. Szkoda, że na coś takiego nie stać polskich emerytów.Nasza kajuta leży na 7 pokładzie i należy do najtańszych – nie ma okna, ale i tak jest bardzo w porządku. Oprócz łóżka zmieściło się kilka szafek łazienka. No ale jakaby kajuta nie była piękna, to i tak nie przebije widoku na morze, więc większość czasu spędzamy na pokładzie.


Leave a comment