Wyspa Texel


Dziś zaczynamy dzień wcześnie, bo jeszcze przed świtem pakujemy się w pociąg na północ Holandii. Budzącą się Holandia wygląda dość zwyczajnie, chociaż wciąż dziwi mnie, że Ci ludzie nigdy się nie spieszą. Bliżej Amsterdamu widzimy wiele zakładów przemysłowych.

amsterdam5-texel-1

Den Helder
Po jakiejś 1:15 h i 13e dojeżdżamy do końcowej stacji na północ od Amsterdamu. Miasteczko Den Helder okazuje się na tyle małe, żeby nie było w nim nic ciekawego i na tyle duże, żeby zmęczyć się drogą do portu. Nie jest też specjalnie ładne i nie ma po co się tu dłużej zatrzymywać. Do drodze wchodzimy na wały i widzimy z nich nasz cel – wyspę Texel. Widzimy też trochę zabudowań o okrętów marynarki wojennej. Wieje okrutnie, ale nie przeszkadza to Holendrom uprawiać jogging na wałach Morza Północnego.

amsterdam5-texel-2

amsterdam5-texel-3

amsterdam5-texel-4

Prom
Podróż promem na Texel nie jest długa, ale zaskakuje nas, jak wiele ludzi i samochodów tam się udaje. Sam prom również ma rozmiar tak godny, jakby płynął co najmniej do Wielkiej Brytanii. Wymyślamy, że to albo przez zalew turystów w okresie wakacyjnym, albo jest to wymuszone żeglugą po otwartym morzu. Texel wita nas ogromnymi, kilometrowymi piaszczystymi łachami, na których – jeśli ma się szczęście – można spotkać foki. Wszystkie komunikaty tu mówią (oprócz holenderskiego) także w lokalnym języku fryzyjskim, który jak dla mnie wyjątkowo przypomina niemiecki.

amsterdam5-texel-5

amsterdam5-texel-6

amsterdam5-texel-7

‚t Horntje
Dopływamy do południowej części wyspy, gdzie oprócz portu i wypożyczalni roweru nie ma właściwie nic. Do miejsca, które obraliśmy sobie za cel jest kilkanaście kilometrów, wiec w musimy skorzystać z autobusu. Z powodu kiepskiego researchu (nie mamy Internetu) musimy poczekać godzinę na autobus. Po drodze mijamy głównie pola i pastwiska. Nie ma tu wsi – domy stoją co kilkaset metrów na środku czyjegoś gospodarstwa. Można powiedzieć, że to co widzimy na Texel przypomina północna Szkocję.

Den Berg
Największe miasto na wyspie okazuje się spokojną, choć niezbyt ładną miejscowością, w której nie znają płotów. Porzucamy wszelkie pomysły, by wysiadać gdzieś po drodze.

De hoog
Mimo groźnej nazwy i położenia na zewnętrznym brzegu wyspy, De Hoog okazało się zwykłym, opuszczonym o tej porze roku, kurortem. W ogóle w tej części wsypy okazało się, że na Texel są nie tylko gospodarstwa i pola, ale też kilka hoteli.

amsterdam5-texel-8

amsterdam5-texel-9

amsterdam5-texel-10

Na koniec świata i z powrotem
Dotarcie na ten holenderski koniec świata uczciliśmy kabanosami i piwem. Przed nami roztaczał się księżycowy widok plaż półkilometrowej szerokości i kilkunastokilometrowej długości. Mimo strasznego wiatru (mimo kurtek i czapek było nam zimno) miejscowi puszczali latawce, bawili się z psem i robili sobie pikniki na plaży. Jednak okazało się, że Holendrzy nie są tacy twardzi i plaża okazała się pierwszym miejscem, gdzie nie było rowerzystów. Poza plażą jeżdżą wszędzie np. odwożąc dzieci do szkoły jadące bagażniku lub taczkach pchanych przed rowerem (jeśli było ich więcej). Jestem ciekaw, co by w Polsce zrobili ludzie widząc te transportowe rowery.

amsterdam5-texel-11

amsterdam5-texel-12

Mając do wyboru iść wzdłuż morza w lewo lub w prawo, zdecydowaliśmy się na tę pierwszą opcje. Po godzinie marszu skręciliśmy w stronę brzegu, by przez trawiaste wydmy przebić się do plaży. Wychodząc spomiędzy nadmorskich wydm trafiamy od razu na autobus do Den Helder. Pojedziemy nim samego dworca, bo autobus też okrętuję się na prom i kontynuuje się drogę po drugiej stronie cieśniny. Choć Texel nie oferuje chyba żadnych rozrywek poza spacerami plażą, to i tak jesteśmy z tej wycieczkj bardzo do zadowoleni. W ostatniej chwili, przeciskając się miedzy ciężarówkami, udaje nam się znaleźć autobus na najniższym poziomie promu. Do Amsterdamu dostajemy się bardzo sprawnie, jako że wszystko tu jest z synchronizowane: Autobus z De Hoog, prom, autobus do dworca i pociąg.

amsterdam5-texel-13

amsterdam5-texel-14

amsterdam5-texel-15

Damn Dam
Wieczorem wychodzimy jeszcze na Dam i Nową Stronę, żeby Radek mógł wydać trochę pieniędzy i kupić pamiątki, ale – jako że nie chciał kupić niczego z marihuany, do palenia marihuany ani o zapachu marihuany, to okazało się nie takie proste. Generalnie w tym najbardziej Krupówkowym klimacie z turystcznymi coffeeshopami (a te dzieliły się chyba tylko na bardzo turystyczne i bardzo spelunowate), ulicznymi sprzedawcami gadżetów do telefonów i bud z hotdogami, to Amsterdam był wkurzający. Na szczęście teren zabaw wieczorów kawalerskich i wycieczek szkolnych był bardzo ograniczony, a poza tym Niuwe Zijde Amsterdam był jeszcze duży, ciekawy i urzekający.


Leave a comment