Pociągiem przez Honsiu


Dzień zaczęliśmy od śniadania w piekarni. Do tej pory Japonia nie kojarzyła mi się z piekarniami, ale teraz już będzie. Podobne dobre piekarnie ze słodkimi bułkami były w Hongkongu, ale tu też na szczęście są wytrawne i kanapki. Tutaj często je się zwykłe kotlety wieprzowe w panierce i można kupić np. kanapkę z tym kotletem (a właściwie to kanapeczki, bo wszystko jest pokrojone na małe kawałki, żeby można było je zjeść na raz za pomocą pałeczek). Chleb jest zwykle tosty, ale drożdżówki są bardzo dobre (ja biorę zielone, herbaciane). Czasami mamy wrażenie, że jedzenie w Japonii ma przede wszystkim ładnie wyglądać, a smak to sprawa drugorzędna, ale tutaj tak nie jest. Jedziemy pociągiem do Kita-Kamakury, obejrzeć tamtejsze świątynie należące do Wielkiej Piątki Świątyń Zen (bo w Kamakurze wszystkich świątyń jest ze dwadzieścia).

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

Świątynia Engakuji
Wstęp do buddyjskiej świątyni Engakuji kosztuje kilkaset yenów, ale ze to kadzidło (życzenie) jest gratis. Ta świątynia należy do chińskiej szkoły zen, oglądamy więc słynne zagrabione kamienne ogrody. Ten wydaje nam się wyjątkowo zaniedbany, ale wiele par japońskich oczu go podziwia. Zabudowania świątynne są drewniane i po terenie kręci się kilku mnichów (te świątynie buddyjskie generalnie są jakieś bardziej przekonujące – wydaje mi się, że shinto tutaj to już zupełny skansen). Oglądamy takie atrakcje jak brama wejściowa, sala nauczania, modłów, dzwonnica czy wewnętrzny ogród (na miejscu herbata po 500y). Niestety dziś nie możemy obejrzeć relikwii zęba Buddy.

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

Świątynia Tokeiji
Tokeiji (zwana świątynią rozwodów, bo wystarczy mieszkać w niej trzy lata i ślub zostaje unieważniony) wygląda – o dziwo – zupełnie inaczej. Samej świątyni właściwie nie znajdujemy, ale oglądamy bardzo sympatyczny ogród, olewamy skarbiec (400y) i zakochujemy się z położonym w dżungli cmentarzu. A właściwie nie dżungli, tylko tzw. lasom deszczowym strefy umiarkowanej (bardzo gęsty i wilgotny las). Cmentarz to niskie, omszałe pomniki i kapliczki, bo Japończycy od wielu setek lat chowają tylko prochy zmarłych. Drzewa są zwykle liściaste, ale te japońskie drzewa mają trochę inną sylwetkę tzn. wszystkie są takie okrągłe (wyglądają jak takie ogrodowe bukszpany), nie poszarpane. Gatunki to m.in. rozłożyste figowce, fikusy, takie krzaczaste drzewa wyglądające jak bansai i modrzewie. Bambusy można tu spotkać rzadko i chyba są dla Japończyków taką samą atrakcją, jak dla nas. W Kamakurze jest jeszcze wiele świątyń, ale my obejrzeliśmy najciekawsze i resztę sobie darujemy. Swoją drogą wciąż mnie zadziwia, czemu budowano tu świątynie jedną przy drugiej i dlaczego Japończycy nie są w stanie wymyślić do nich sensownych drogowskazów. Wszędzie widzimy ostrzeżenia przed dzikimi kaniami, które mogą się rzucić na kanapkę turysty i przy okazji trochę go poturbować.

japonia10

Shinkansen
Dziś przejeżdżamy też do Kyoto – najładniejszego miasta w Japonii. Jeśli Tokio jest nowoczesną Warszawą, to Kyoto można spokojnie porównać do zabytkowego Krakowa. Piszę te słowa właśnie w czasie podróży japońskim ekspresem, więc może jest to czas, żeby opisać tutejsze koleje. Niestety ekspres nie łączy naszej-wiochy-pod-Kamakurą z naszą-wiochą-w-której-mamy-hotel-pod-Kyoto, więc musimy zrobić kilka przesiadek (trzy, a dziś wszystkich będzie pięć). Podróż shinkansenem to raczej przyjemna chwila, bo jeżdżenie pociągami to w ogóle wygodny sposób przemieszania się – szczególnie w odróżnieniu do metra czy tzw. lekkich pociągów (z rosyjskiego: elektryczek), bo jest dużo spokój i nie trzeba taszczyć walizek. Podobno japońskie pociągi są wyjątkowo szybkie, ale jego stalowa konstrukcja uniemożliwia mi zmierzenie prędkości poprzez wbudowany w telefon GPS. Na pewno jedziemy szybciej niż PKP (szybciej niż PKP w Polsce AD 2015 to jeździły tu pociągi w latach 80.), ale chyba nie są to żadne rekordy. Dodatkowo my się zatrzymujemy na wielu stacjach, bo nasz bilet nie obejmuje pociągów bezpośrednich (nozomi).

W środku wagonu nie ma przedziałów (tzw. wagon samolotowy), jest dużo miejsca na nogi (5 rzędów foteli) i szerokie przejście. Okna są małe, ale wszyscy i tak wpatrują się w ekrany telefonów. W wagonie jest też palarnia, toaleta i telefon. Nasi współpasażerowie to głównie pracownicy biur (prawie same garnitury), bo pociągi są dla Japończyków dość drogie, którzy śpią lub jedzą. Jeśli chodzi o jedzenie, to wydaje mi się, że dla wszystkich największą atrakcją shinkansenów jest jedzenie bento – najróżniejszych zestawów obiadowych, które sprzedają na stacji (300-1000y). Zwykle to japońska kuchnia i typu „mała porcja różnych rzeczy”, ale widzieliśmy też spaghetti i jakieś sałatki (na podstawie japońskich reklam można by uznać, że wszystkie kobiety tutaj się odchudzają). Najpopularniejsze dania to oczywiście wszechobecne kluchy w rosole i ryba z ryżem. My w pociągu zjedliśmy właściwie obiad. Gdy konduktor zabiera się za sprawdzanie biletów to najpierw jakby się wszystkim melduje i kłania. Japończycy w ogóle są wyjątkowo uprzejmi i pomocni, a sprzedawcy tak przejmują się swoją rolą, że trudno się do nich nie uśmiechać. Nikt nie podróżuje z tak wielkim bagażem, jak my, nad czym już kilka dni się zastanawiam. Podobno gdy Japończyk wybiera się w podróż, to najpierw wysyła kurierem swoją walizkę – może więc to jest wyjaśnienie tej zagadki. Jeśli chodzi o same dworce, to są dość zwyczajne (tylko podłoga jest tak czysta, że można by z niej jeść), z wyjątkiem może grającej czasem uspokajającej muzyki i obecnych na każdym peronie automatów z herbatą.

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

Góra Fuji
Po drodze mijamy właściwie wszystko, ale głównie miasta i tereny mieszkalne, chociaż nie brakuje też zabudowań przemysłowych i pól z ryżem, herbatą (takie równo przycięte krzaki) i zbożem. Ta część Japonii – między Tokio a Kyoto/Osaką jest domem dla 70% Japończyków, więc rzadko widzimy wolne miejsce. Mijamy też widoczną z daleka (mimo widoczności ograniczonej dużą wilgotnością) górę Fuji – bardzo stromy stożek wulkanu po środku niczego. Na górę Fuji się nie wybieramy, bo poza wakacjami chyba nie można na nią wchodzić. Poza tym są jeszcze dwa powody: po pierwsze zajęło by nam to za dużo czasu, a po drugie wulkany nie są tak naprawdę zbyt ładne: wielokilometrowy marsz przez kamienne usypiska i szare piargi.

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

Dworzec Kyoto
Wczorajszy upał i wchodzenie na górę tak nas zmęczyły, że hotel jesteśmy w stanie opuścić dopiero koło południa, a i tak czujemy się (i wyglądamy za pewnie) jak chodzące zwłoki. Dojeżdżając do Kyoto pociągiem – chcąc nie chcąc – oglądamy też dworzec Kyoto, ogromny nowoczesny budynek. Jak że wycieczkę po Kyoto chcieliśmy rozpocząć od zjedzenia czegoś, to nadęta atmosfera i drożyzna nie poprawiają naszego samopoczucia. To chyba też jedyne miejsce w Japonii, gdzie nie ma automatów z napojami. Najdziwniejszy jest jednak dach – schodami ruchomymi można wjechać na teras na 11 piętrze, który… jest otoczony murem i nic z niego nie widać. Jemy w końcu jakieś kurczaki kupione na dziale garmażeryjnym wielkiego domu towarowego, który zajmuje większość dworca i mamy nadzieję, że to nie są jakieś bardzo obrzydliwe części kurczaka. Tak więc dzień nie zaczyna się zbyt ciekawie.

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

japonia10

Minami Kusatsu
Mieszkamy pod Kyoto (w samym Kyoto nie było już tanich noclegów) w Minami Kustatsu. Miasto jest naprawdę brzydkie, ale traktujemy je jak sypialnię pod Kyoto. Pokoje, w których śpimy są dokładnie tak samo zaprojektowane, a łazienka wygląda jakby była jednym całym elementem. Bardzo typowe.


Leave a comment