Nikko


japonia7

japonia7

japonia7

japonia7

japonia7

japonia7

japonia7

Tokio-Nikko
Dziś wyprowadzamy się z Tokio (bo tu najdroższe spanie) i jedziemy do Nikko, w którym znajdują się świątynie z listy dziedzictwa UNESCO. Niestety, mimo wspaniałości japońskich pociągów dojazd tam nie jest prosty i będziemy potrzebować czterech przesiadek. W drodze zagaduje nas Japończyk czytający na smartfonie Wyborczą – okazało się, że studiował tu polonistykę. Na dworcu Tokio (każda dzielnica to właściwie już inna gmina, więc formalnie Tokio nie jest duże) wsiadamy do słynnego shinkansenu – japońskiego ekspresowego pociągu. Dość szybko udaje mi się załatwić formalności związane z JR Passem, który da nam wszystkie przejazdy w cenie (a właściwie to nie wszystkie, bo tu jest wielu przewoźników kolejowych i dlatego nie możemy jechać pociągiem bezpośrednim). Ciekawe sceny obserwujemy na dworcu – wszyscy czekają do wejścia w kolejce w oznaczonym miejscu, a przy każdych drzwiach stoi steward lub stewardessa i każdemu się kłania, a od wychodzących odbiera śmieci (mówiłem już o wysokim zatrudnieniu?). Shinkansen przejechał 100-120 km w niecałą godzinę (i z przystankami), więc bez szaleństw. Oczywiście, PKP jest sto lat za murzynami, ale w Japonii jeżdżą chyba jeszcze dużo szybsze pociągi. Mi chyba z Japonią będą się właśnie kojarzyć wszechobecne i krzyżujące się linie kolejowe, małe domki i kable na słupach (nie zakopują ich przez częste trzęsienia ziemi).

Na dworcu, gdzie mamy ostatnią przesiadkę (Utsunomiya) oznaczenia są całkiem inne niż w Tokio, czyli całkiem zrozumiałe. Ostatni odcinek jedziemy lokalnym pociągiem (co znaczy, że ma ławki jak w metrze) i obserwujemy widoki: Pociąg jedzie przez sosnowe lasy, wioski i pola ryżowe. Pod koniec już tylko przez lasy, bo Nikko znajduje się w dolinie górskiej. Jesteśmy już jakieś 120 km od Tokio i bardzo się z tego cieszymy, bo miasto nas bardzo wykończyło. Jeszcze tylko autobus lokalny, żeby można było zostawić w hotelu walizki i już można zwiedzać… Po drodze zjedliśmy kupioną w Tokio rybę w sosie teryiaki (sos sojowy ze śliwkami lub karmelem), która sama się podgrzała po wciśnięciu przycisku na opakowaniu.

japonia7

japonia7-9

japonia7-10

japonia7-11

japonia7-12

japonia7

japonia7-14

japonia7-15

japonia7-16

japonia7-17

japonia7-18

japonia7-19

japonia7-20

Świątynia Toshogu
Dzień zaczęliśmy wcześnie, więc już koło 15 meldujemy się przed świątynią (to ważne, bo tu bogowie bardzo wcześnie kończą dzień pracy – o 17). To jeden z tutejszych kompleksów świątynnych, który został wpisany na listę UNESCO. Świątynia nam się podobała (znowu, to nie jest jedna chałupa tylko wiele altanek, kapliczek, pagód i właściwych świątyń), ale nie różniła się specjalnie od tych w Naricie lub Tokio. No może tylko tym, że ta faktycznie wyglądała, jakby jej się należała renowacja (tokijskie świątynie wyglądały jak nówka-sztuka). Toshugo jest zbudowane stylu Edo, czyli na pierwszy rzut oka różni się głównie tym, że jest bardziej czarno-złota niż czerwona. Bardzo nam się podobało, że świątynia jest usytuowana w starym lesie z chyb największymi drzewami, jakie widziałem (iglaste: sosny i modrzewie). Ogólnie świątynia i atmosfera spokoju (podobno zwykle tu są tłumy turystów, ale my znów mieliśmy szczęście) sprawia, że całkiem nam się tu podoba. Agnieszkę denerwuje wszechobecny handel w świątyni – i faktycznie, talizman lub zaklęcie można było kupić przy każdej z kaplic (samoobsługowo), a co trzecią znajdował się kram z pamiątkami. Zwiedzającymi też byli głównie miejscowi i zagraniczni turyści oraz wycieczka szkolna. W XIX-wieku było to miejsce kultu państwowego shinto, ale dziś nikt się tu nie modlił.

japonia7

japonia7

japonia7

japonia7-24

japonia7

japonia7

Święty most Shinkyo
Po drodze do miasteczka oglądamy święty most Shinkyo. Czerwony, bajkowy most, niebieska woda w rzece (naprawdę niebieska, więc pewnie lodowcowa) i bardzo gęsta roślinność robi na nas takie wrażenie, że postanawiamy tu wykorzystać pierwszy z dwudziestu filmów instaxa, który został nam po weselu. Kolację udaje nam się zjeść w restauracji, którą znalazłem wczoraj w internecie, co sprawia, że zaczynam wierzyć w swoje umiejętności researchera i przewodnika. Dostajemy wielką porcję szaszłyków (yakitori) w sosie przypominającym teryiaki (900y) i to jest chyba najlepsze, co do tej pory zjedliśmy w Japonii (generalnie jedzenie tutaj jest bardzo delikatne w smaku – jak np. ciastka z fasolą lub ziemniakiem – lub często fermentowane i nie za bardzo nam smakuje). Knajpa z klimatu schronisk – trzy stoliki i ściany zaklejone kartkami z pozdrowieniami ze wszystkich krajów świata.

Ryoken
Mieszkamy w śmiesznym miejscu – prowadzący interes wygląda jak mnich buddyjski, a przed wejściem do pensjonatu zdejmuje się buty. Pijemy gratisową herbatę z kotła. W hotelu znajduje się jeszcze jeden z wszechobecnych tutaj automatów z napojami, w których można kupić głównie butelkowaną zieloną herbatę, puszkowaną kawę i – czasem – piwo. Do hotelu wracamy na piechotę 2km, bo Nikko to wieś ulicówka i wszędzie jest daleko. Po drodze mijamy bary, sklepy z pamiątkami, „galerie” z prezentami – taki kurortowy klimat.


Leave a comment